Co
pozwala mi, każe(!?) dzisiaj wierzyć w 2013, w wieku 60 lat?
Realizm. Wszystko, co wiem, co było, czego doświadczyłem życiem i
osobą swoją. TO JEST.
Tylko
tyle, co powyżej, zdążyłem zapisać w niedzielę, nim wyjechałem
na pielgrzymkę do Jasienicy. Wiedziałem, że muszę (powinienem) -
i nie da się już odłożyć, niedzielna godzina Apelu
Jasnogórskiego została wyznaczona przez księdza arcybiskupa, jako
ostatnia godzina proboszczowania księdza Wojciecha Lemańskiego (14. lipca 2013)
.
Wyruszyłem
w drogę. Jadąc przez las w granicach mojej gminy
wiedziałem/poczułem/uświadomiłem sobie, że jest to nie tylko
droga z punktu “A” do punktu “B”. Zostałem wciągnięty na drogę myśli, rozumienia, w głąb. W perspektywie biblijnej, ze
względu na Naród Wybrany i Wymordowany, który jest w podtekście.
Reszta
notatek jest na kartkach. Z przeżywania "na żywo" tajemnic wiary i
tajemnicy kościoła.
Zakoczył
mnie duży, wypełniony kościół. Telewizyjne ekipy przed kościołem
mnie nie zaskoczyły.
Ponieważ
chciałem uczestniczyć, widzieć, słyszeć, czuć, rozumieć...
podszedłem jak najbliżej ołtarza. Żeby notować, dobrze mieć
siedzenie i oparcie, z przodu przeważnie są. Dosiadłem się do
chłopaków w trzeciej ławce, przede mną siedziała trzypokoleniowa
rodzina.
Z
oferty parafialnej kościoła w Jasienicy wybrałem mszę na 10.00,
bo miała adnotację “z udziałem dzieci”. Obecność, zachowanie
dzieci i relacje w całości zgromadzenia mówią wtedy najwięcej.
Wypełniony
kościół-wspólnota pozwala (dał) wyczuć relacje proboszcz – parafia.
To jest od samego początku, od przekroczenia progu światyni
dominujące przeżycie/doświadczenie. Dominum
et Vivificantem.
To,
że wiedziałem o mszy z udziałem dzieci, jest dobrodziejstwem
strony internetowej prowadzonej przez parafię. WWW – to
najprostszy sposób okazania, że się jest w dialogu ze światem. Że
jest się dla wszystkich.
Dzieci
jest dużo. Z każdej strony. Na środku, w dwóch rzędach ławek i
w bocznych kaplicach. Dzieci w różnym wieku. Od tych na rękach, w
wózkach, po samodzielnych wędrowców (jeden z parasolką, jak laską
i wędką do zaprzyjaźniania się z rówieśnikami). W “mojej”
rodzinie, przede mną, mała latorośl, po nabawieniu się wzrokiem ze
mną (ona zaczepiała!), wędrowała na ramionach rodziców, dziadka,
babci, braci. Kościół pełen ludzi. Wspólnota liturgiczna.
Nowością-innością
w kościele jest tron Słowa Bożego, szafka, w której są
przechowywane księgi czytań. Biblia, podzielona na lekcjonarze. Po
otwarciu dwu skrzydeł jeszcze bardziej kieruje w głąb i przemawia. Dobry pomysł.
Nad
nami, z wysokości zwieńczenia ściany ołtarzowej błękitnieje w
witrażu Oko
Opatrzności i
Imię Boga Najwyższego.
Mojżesz i Biblijne dzieje znów dały mi znak.
Lektorzy
odczytali teksty, organista (w zastępstwie) odśpiewał psalm.
Ksiądz Lemański przeczytał Ewangelię, Dobrą Nowinę o
Miłosiernym Samarytaninie.
Kazanie
– dla mnie - było o ludzkim losie, równości wobec dobra i zła
(kapłan, lewita, pobożny parafianin, przybysz, obcy...) i zamianie
znaczeń. Uosobienie zła stało się symbolem dobra. Każdy z nas
ufa wszystkiemu, co ma Samarytania w herbie, mając często dystans
do instytucji oznakowanych “U Żyda”, “U Cygana” itp.
Ja,
jeden ze słuchającyh i uczestniczących, myślę sobie “oby to
nigdy tutaj się nie wydarzyło”. Oby cofnąć czas. Dobrze mi tu
jest. Dobrze się czuję z tymi ludźmi z boku, z przodu, z tyłu. W
przekazywaniu znaku pokoju jest sumienność i dokładność(?).
Patrzę w oczy, ściskam ręce. Poczułem się jak młody chłopak w
Legionowie, przed kilkudziesięciu laty. Wśród rówieśnych. Poza
czasem, wiekiem. Bratersko-siostrzanie. Odetchnąłem powietrzem
mojej młodości. Dlaczego w tym momencie, w tym prostym znaku?
Do
komunii jedności z Bogiem, Jezusem z Nazaretu w znaku chleba, płynie
rzeka dwoma falami. Przy rozdzielaniu Ciała Eucharystycznego (także
przy zbieraniu tacy) pomaga ksiądz rezydent (?). Podchodzą procesyjnie mamy z
dziećmi, rodziny.
Tak
myślę sobie, że znalazłoby się tutaj miejsce na wszystkie
moje/nasze dzieci, tyle ich tu jest! Bo teraz w mojej parafii jest z
tym ciężko. Ja – ojciec wielodzietny, katecheta, założyciel
Solidarności w swojej gminie, wójt I Kadencji – dobrze się tutaj
czuję.
Po
komunii świętej dziwne myśli przychodzą do głowy. Żeby, tak jak
przed wiekami udało sie sprowadzić papieża z Awinionu do Rzymu,
tak teraz arcybiskupa do Jasienicy. Żeby znalazła się jakaś
święta Katarzyna, lub inny analfabeta, który trafi swoją modlitwą
i pismami do samego nieba.
Kto
by pomyślał, że jadąc na mszę do Jasienicy chciałem wyrządzić
komuś przykrość, ten nie rozumie tajemnic wiary i tajemnicy
kościoła. Mojego kościoła. Kościoła soborowej wspólnoty (Ludu
Bożego). Kościoła Dobrej Nowiny dla świata całego, współczesnego
2013, w Roku Wiary i Rozumu. Jechałem bez intencji najmniejszej, by
czepiać się kogokolwiek, ks. arcybiskupa, ks. proboszcza...
Jechałem, żeby uczepić się Boga, Jezusa z Nazaretu, z Narodu
Wybranego i Wymordowanego.
Księdza
proboszcza nie znam. Kiedy wszedłem po mszy do zakrystii, by spytać
i poprosić o możliwość zrobienia zdjęcia otwartego tronu Słowa,
żachnął się “trzeba było w czasie mszy”. Kazał czekać, aż
ludzie wyjdą. Nie mogłem, musiałem się spieszyć, żeby reszta
rodziny zdążyła na mszę w Strachówce.
Mam(y)
zdjęcie z księdzem arcybiskupem, na zakończenie akcji letniej
CARITAS'2008. Jestem z niego dumny, lubię się pochwalić.
PS.
Zdjęcie znalazłem na ciekawym, także z innej strony, poście z 2011 m.in. o naszym parafialno-szkolno-gminnym Caritasie.
Koleżanka ze szkoły (im. Rzeczpospolitej Norwidowskiej), od sprawy tych drugich kolonii, opisanych w poście przed 2 laty, parę tygodni temu podała nas, żonę (DyrKa) i mnie - katechetę, na wokandę ks. arcybiskupa i mazowieckiego kuratora. Sprawy się "robią" i jątrzą nie wiadomo kiedy i jak. Samarytanie przybywajcie.
