Adoracja rodziny i w rodzinie pchnęła mnie do pisania, choć wczoraj chciałem już rezygnować. Adorować każdego z osobna i jedności-całości.
Do dyskusji o terroryzmie dorzucam wątek terroryzmu państwowego, w jakim żyliśmy przez 45 lat, a który pozostał w różnych formach, ot choćby coś takiego, jak stały meldunek (obywatel ma warować przy budzie, niczym pies na łańcuchcu, w dobie wolności przemieszczania się i pracy... w całej prawie Europie!). W tym samym czasie możesz rozliczać się z podatków tam, gdzie fizycznie przebywasz (mieszkasz) i możesz tam głosować, wybierając władze kraju...? Śmiesznie zabrzmiało, że polskie organa państwowe chcą rozwiązać problem zgrożenia terrorystycznego w ramach prezydencji? Ot, jak łatwo jest przegapić belkę we własnym oku.
Ile fundamentalnych bzdur z czasów komunistycznycego PRL (i ich rozumienia praw człowieka) dalej stanowi o naszym życiu w wolnym świecie? Wstydź się Polsko, wstydźcie się wszystkie partie, bo wszystkie już rządziły, choć lubią się wzajemnie oskarżać, że "to nie my, to oni".
***
Dlaczego mądrość nie jest adorowana? A Miłość nie jest kochana? Może tylko dlatego, że na mądrość i miłość trzeba czekać, szukać, czasem się zaczaić. A to, co zmysłowe, stale jest pod ręką. Pcha się wprost na oczy, lezie w uszy, pod bluzkę, lub spodnie. A rozum trzeba budzić i podtrzymywać w działaniu. Po co się wysilać, skoro można bez wysiłku pożyć na powierzchni zdarzeń. Media podsycają, bo zarabiają. Inni manipulują, bo coś z tego mają, władzę nad nami.
Dlaczego "nasz ukochany ojciec święty" nam nie pomaga na codzień, w samorządach i wyżej. Bo go nie widzimy. Kochaliśmy na niego patrzeć i słuchać jego głosu (go). Ale czytać? Rozmawiać? Dzisiaj wolimy sobie wystawić jego pomniki, aby patrzeć dalej .
Jest prawda. Prawda wyzwala. Prawda pozwala mieć udział w wieczności Boga samego - "abyście [tylko] znali...".
Prawdę nam podawał, i to w obfitości, Jan Paweł II. A jeszcze wcześniej Karol Wojtyła, zwykły człowiek otwarty, szukający, uzdolniony. Później, jako papież, napisał 14 encyklik, setki (tysiace) kazań i przemówień, i do tego wiersze i książki.
Prawdy i sensu trzeba jednak szukać. Włożyć odrobinę wysiłku, poskrobać powierzchnię zdarzeń (zjawisk). Ale do tego trzeba się wyindualizować z rozentuzjazmowanego tłumu.
Bo używając tylko masowego przekazu (wszystkie ekrany, billboardy, monitory, strony...) można się całkiem zamulić. One ciągle będą krzyczały, wprost uwodziły - polityką, gospodarką, ekonomią wycinkową, kryzysami, finansami - i do nich komentarzami. Komentarzami do komentarzy itd. 24 godz. na dobę płynie, spada na nas lawina liczb, danych zmysłowych pokazywanych, analizowanych, wałkowanych w te i wewte. Wszelakich mierzalnych parametrów materii (w tym tzw. materii życia). Polityczni i medialni spece nawet nie mówią, że sens ma z nich wyniknąć. To, niby, rozumie się samo.
A ja mam śmiałość powiedzieć - NIE. To jest jakięś pokłosie materializmu marksistowskiego, w którym świadomość jest wypadkową bazy, tzw. nadbudową. Bazą jest materia, stosunki społeczne itp.
NIE. Podawanie cyfr i innych parametrów nie jest wyczerpującym opisem świata. Na pewno nie osobowego świata człowieka myślącego. Prawda i sens się przez nie nie przebije. To jest zasypywanie danymi, z których nic nie wynika. Tzw. ścisłe dane (ograniczone do materii) mogą coś powiedzieć poddane obróbce przez bardzo zaawansowane teorie naukowe w poszczególnych dziedzinach (ekonometrii, hydrologii, politologii, medioznastwie i co kto chce, i co jeszcze ludzkość wymyśli).
Szczęście może się zjawić u naszych drzwi w jednej chwili, w jednym słowie. Dźwięku, spojrzeniu, smaku, dotyku. Bez tysiąca danych. Jeśli nadąży za nimi nasza cała dusza, całe ja.
Słowem może być początek, na początku może być słowo, lub myśl. Wszystko co inaczej dane (przez dawcę), zauważone i przyjęte. Dar - jednym słowem. Naturalną reakcja myślącego podmiotu jest dziękczynienie i adoracja. Medytacja, kontemplacja - różne są interpretacje i wykładnie słowa. Wykładnia zakłada jakiś autorytet. Interpretować każdy sobie może.
Jest godz.10.00 a ja już swoje szczęście dzisiaj dostałem. Wystarczy zamknąć oczy i w nie wejść. Na ile czasu i chęci wystarczy.
Widzę, że muszę rozszerzyć katalog definiujący człowieka (osobę). Ma naturę nie tylko myślącą, społeczną i dialogiczną (co jest inna nazwą społecznej), ale i kontemplującą (co jest rozszerzeniem pojęcia "myślącą").
Jest godz.10.00. I co ja mam teraz robić do końca roboczego dnia? Murarz będzie musiał położyć jeszcze wiele warstw cegieł, kierowca przejechać setki kilometrów, a ja? Nie można przekraczać norm.
Dałem niechcący plamę. Obwieściłem całemu światu, że Caritas, Strachówka-Murzasichle II, będzie w radiu Warszawa, a tu kicha. Okazało się, że nagrali i puszczą później. Sorry.
Ale za to nasłuchałem się Koronki do Miłosierdzia w różnych językach. Zapamiętałem język niemiecki i hiszpański - bardzo mi się spodobało. Potrzebuję miłosierdzia we wszystkich językach świata. Uniwersalnego. Na wieczność.
I w ten sposób czas miło upłynął. Aż do 16.00, o której z chłopakami rzuciliśmy się do telewizora na mecz Śląska Wrocław z Levskim Sofia, byle jaki mecz. Ha, ha. Co by nie było, adorujemy (się) rodzinnie. Czasem mozna od rana do wieczora. Tak można chyba tylko, gdy się nie ma kasy. Bo, gdyby - to byśmy remontowali, inwestowali, albo coś podobnego planowali.
Moja religia nie jest smutna, posępna. Jest radosna, ze świadomością krzyża. "Abyście radość mieli i mieli ją w obfitości". Krzyża i śmierci i tak nie unikniemy.
Minął dzień. Świętego Graala szukać już nie muszę.