Jedynym
rekwizytem była gruba wielka księga o moim pisarzu. Druk był mały,
żeby wszystko pomieścić w jednych okładkach. Miałem pozakładane
strony, fragmenty tekstów i ilustracji, zdjęć.
Wszystko,
od "A" do "Z". Dla siebie tylko? Nie! Miałem zrobić prezentację przed
całą szkołą, w każdej klasie. Legitymizującym mnie, moje
zadanie, był nauczyciel języka rosyjskiego w moim liceum sprzed 45
lat, profesor Mazur. On reprezentował Radę Pedagogiczną, jej
decyzję, tzn. także Dyrektora, inaczej nie mógłbym być i czuć
się “zadaniowanym”. Mieliśmy razem wchodzić do klas.
Na dalszym planie, w podtekście, była nawet i jego żona, która miała z nami
język polski w podstawówce. Mieliśmy do nich zaufanie, tak głosili
rodzice. Mazurowie chodzili do kościoła. My, ja, katoliccy
uczniowie, polskością zachwyceni, mieliśmy dla nich sympatię.
Łączyła nas niewidzialna i widzialna nić porozumienia.
Konfidencjonalna – rodzaj subtelnego, lecz niezłomnego ruchu oporu.
Sytuacja
– z Tomaszem Mannem - w jakiej się znalazłem, była stresująca.
Ja, niby jeszcze uczeń, a już jakby absolwent, nie wiadomo z jakich
inspiracji i mocy miałem wobec całej szkoły, tzn. wobec ciut
młodszego ode mnie pokolenia(?) uczniów świadczyć o czymś/kimś
tak obiektywnie wielkim i uznanym (Wartości światowej kultury), że nawet stary
system nie mógł stanąć na drodze, sprzeciwić się, uniemożliwić,
unieważnić zadania. Samozwańczego!? No, nie. Jakiejś mocy z
wysoka, ponad nami wszystkimi, nawet większej od systemu oświaty i
totalitarnych rządów poprzedniego ustroju. Wszyscy mieli tego
świadomość, dlatego zadanie było nieuchronne, nieodwołalnie
musiałem je wykonać. DANE i ZADANE.
Musiało
się stać to, co miało się stać. Musiało się wykonać, dokonać.
A jednocześnie nie było innego wykonawcy. Nie mogło być, wszyscy
zdawali sobie sprawę. Tylko ja doszedłem do takiej znajomości
Mistrza. To było niekwestionowane. Bezapelacyjne. Musiałem.
Nieuchronność
losu, który był mi dany, zadany, podjęty, przyjęty, zaakceptowany
całkowicie, miała w sobie ten rodzaj słodyczy, który rodzi
wewnętrzny szloch. Szedłem z tym szlochem opanowującym i
opanowanym(?) i wielką księgą w dłoni przed siebie. Zbliżałem
się do wejścia szkoły. Ruchliwość uczniów podczas przerwy była
już widoczna. Profesor Mazur stał chyba przed drzwiami na schodach.
W
życiu publicznym, patriotyczno-religijnym miałem dwa wyjątkowe
dni, które wpłynęły na życie całe - 16 października 1978 i 3
Maja 1981.
Tomasza
Manna nie spotkałem przypadkiem, ani sam go sobie nie znalazłem. On
również mnie znalazł. Siostra wyjechała do USA w lutym 1968.
Zostawiła dwa tomy Buddenbrooków. Kupiła sobie parę miesięcy
wcześniej, w klasie maturalnej. Zostały po niej. Najbliższa
Wigilia podarowała 'pod choinkę' odpowiedni nastrój, sięgnąłem
po książkę. Zamknąłem się w pokoju i zacząłem lekturę.
Szczyty czytelnictwa osiągnąłem podczas dwóch lat studiów na
politechnice i dwóch lat między politechniką a filozofią na
Akademii Teologii Katolickiej. Tak się dokon(yw)ała zmiana w polu
mojego widzenia. Dojrzała w Taize. Zaowocowała Solidarnością RI w
gminie Strachówka i katechezą (w Legionowie i w życiu).
Ukoronowaniem pewnie jest Rzeczpospolita Norwidowska. W życiu
osobistym - oczywiście małżeństwo i rodzina. Choć, czy małżeństwo
i rodzina nie są najbardziej dojrzałym i ważkim owocem i wyrazem
życia!? Czy można rozdzielać? Nie wolno! One są nie tylko siłą,
motorem napędowym, ale i najważniejszą weryfikacją.
Kwintesencją!?
PS.
“Łzy
się pola-a-ły” (Mickiewicz/Paderewski). Norwid – u świętego
Kazimierza - płakał przed śmiercią. Tomasz Mann w swoim ostatnim
szpitalu słuchał Mozarta (mózg po śmierci miał nietknięty :-)