

Facebook współtworzy nową rzeczywistość ludzkiego świata. Dzięki temu narzędziu mogę lepiej czuć się obywatelem globu. Poznaję i wymieniam poglądy z mieszkańcami wszystkich kontynentów. Bariery są tylko technologiczne i edukacyjne. Najgorsze są w nas - mentalne, jeśli jesteśmy zamknięci na innych i nie chcemy przed nimi otwierać swego wnętrza. Zamykamy wtedy świat, blokujemy dobro.
"Unia Europejska otwiera kolejne kanały komunikacyjne, kolejne instytucje są dostępne przez Internet w telefonii komórkowej w 22 językach." Pod takim postem wywiązała się wymiana poglądów w krótkich komentarzach. Jedni się cieszą, inni wylewają żale. Irlandczyk mieszkający we Florencji, Włochy, się nie cieszy. Uważa, że UE kradnie mu (im) suwerenność, min. dlatego, że język irlandzki nie jest 23 oficjalnym językiem wspólnoty. Ja z kolei się mu dziwię, bo jako współ-obywatel tejże wspólnoty niczego nie chcę nikomu kraść, a rozwiązań (wspólnych problemów) szukam w solidarności. Dwóch Europejczyków zaznaczyło, że lubi mój wpis. Jednym z nich jest Bułgar mieszkający w Londynie, po studiach amerykanistyki (kultury i filmu) na angielskiej uczelni. Drugi nie podał adresu w zjednoczonej Europie.
Dobrych dożyliśmy czasów. Wspaniałych. Można mieć różne poglądy i pomysły na życie i się nimi dzielić. Oczywiście, nie unicestwia to masy problemów tego wspólnego świata. Największe - jak zawsze było, jest i będzie - leżą na gruncie etyki. Ale wolność daje niewyobrażalne wcześniej możliwości. Każdy wolny człowiek może tworzyć wokół siebie Boży świat. Na miarę swojej wiary, miłości i chęci (także poza Kościołem).
Wczoraj Internet otworzył mi niebo, które bardzo się zatrzasnęło - straszny paradoks - w kościele. Po doświadczeniu nieba, inny wymiar dominuje we mnie (eternity span, CKN). Mijają godziny i doby, a on trwa. Po kazaniu niedzielnym (fragmencie), taka ciemność spadła na mnie, że przez dłuższą chwilę nic mi się pisać nie chciało. Musiałem znów odnaleźć niebo. Wiara to nie mechanika, nie nakazy, nie czyjeś osobiste poglądy głoszone nawet na mszy świętej. Wiara to wolność. Deklaracja o wolności religijnej Soboru Watykańskiego II jest jednym ze źródeł(ek) nadziei na lepsze czasy.
Korzystam obficie z wolności na tym blogu. Zwłaszcza w warstwie językowej, stylistycznej (literackiej). Dwa dni temu dałem tytuł "Cuda eucharystyczne 2011", muszę go wytłumaczyć. Wiąże się z doświadczeniem duchowej przyjaźni z Lucy z Nebraski (od piątku 8.7 br. godz. 19.36). Kto zajrzał na profil Rachel, to wie z komentarzy, które przyjaźń zaczęły, że rozpoznaliśmy się (tzn. Lucy mnie) po "łamaniu chleba". Oboje wcześnie kliknęliśmy "like" na profilu kultu eucharystycznego. Ale to nie wszystko. Wielu kliknęło. Trzeba jeszcze czegoś, żeby się (wy)-z-indywidualizować w rozentuzjazmowanym tłumie. Tym czymś okazała się myśl Noama Chomskiego. Połączenie lewicującego intelektualisty i kultu eucharystycznego nas wyróżniło. Kontrasty bywają dobre. A czasem nawet wskazane - dla lepszej recepcji Ducha Świętego przy lekturze Pisma Świętego. Dobro nie zna granic. "Ujrzysz światłymi oczyma serca obraz pełen kontrastu". Kontrast intryguje i zaprasza, zachęca do dialogu :)
To Lucy mi wskazała na słowa ks. Luigi Giussani, założyciela "Communione et Liberazione" - "że Jezus z Nazaretu jest obecny w znaku przyjaźŸni, komunii, wspólnoty, to jest w Kościele, który jest Jego Ciałem". Słowa Giussaniego dają mi odwagę, abym opisał własne doświadczenie sprzed wielu lat. Chyba nigdy tego jeszcze nie przytaczałem, dla wielu zabrzmi jak herezja. Był rok 1985, może 1986, zamieszkiwałem malutką (2x3m) izdebkę przy, a raczej w, kościele św. Jana Kantego w Legionowie. Mieściło się tam tylko łóżko, biurko i wszędzie upchnięte książki. Na biurku stał piękny krzyż, pamiętający stary drewniany kościół "na górce", który teraz opiekuje się nami w starym, drewnianym domu w Annopolu.
Jak łatwo sobie wyobrazić, w takim miejscu, o różnych porach i przy różnych okazjach, przeżywałem to i owo. Czasem bardzo. Kiedyś przyszło mi do głowy, "przyszło", a nie "wymyśliłem", jak to było z ustanowieniem eucharystii. Że było tak, jak opisane jest w ewangelii, ale, że mogłoby być i w inny sposób np. taki: Jezus jest z przyjaciółmi, ma pełną świadomość, że czas ostatecznego rozwiązania nadchodzi, działa na najwyższych duchowych obrotach, przychodzi mu do głowy pomysł, mniej lub bardziej spontaniczny, żeby im zostawić coś niezwykłego, niezwykły znak przyjaźni, komunii, wspólnoty i sposób na wieczną obecność z nimi; rozejrzał się wokół siebie, wziął to, co miał pod ręką...
Że chleb i wino jest tylko reprezentacją całej rzeczywistości. Bo w końcu, co to znaczy wcielenie? Jest węższe rozumienie - "przez ciało Maryi w ciało człowieka", i szersze "w całą ludzką, materialno-psychiczno-duchową rzeczywistość". Zwał jak zwał. Nie ma wiary bez myślenia. Wiara stale potrzebuje rozumu, a rozum wiary. Religia objawiona nie jest magią. Objawienie ma sensu stricto i wymiar językowy, i pojęciowy, i kulturowy, i duchowy przede wszystkim. Najmniej materialny. Niech teologia coraz lepiej to precyzuje, doesn't matter.
Przeżycie dane mi w izdebce kościoła na górce nie było spekulacją intelektualną. Było właśnie przeżyciem bliskości, communio, z Jezusem z Nazaretu. Wyszedł wtedy jakby, przekroczył, wszelkie formy, aby być ze mną. Ani kształt, ani smak, ani kolor chleba i wina nie ogranicza Bożej obecności i miłości. Trwanie w nas po "komunii ołtarza" tzw. postaci eucharystycznych zawsze pobrzmiewało mi mechanicystycznie. Bóg jest (musi być) w komunii świętej równocześnie transcendencją i immanencją bezprzymiotnikową ;-)
I tak świętość mi się rozszerzyła i rozszerza nieustannie. Wśród słabości, of course :)