1.
Jasiek wciągnął mnie w świat współczesnych dyskusji o religii i anty. Stąd nieraz więcej mnie na Fb niż tutaj. Dzięki niemu i Łazarzowi mogę czasem włączyć się do dyskusji młodych, bo starsi milczą "w tym temacie" jak zaklęci, reagują tylko na dziedzinę polityki. A szkoda, bo na polu światopoglądowych dyskusji młodych (w Polsce, bo w świecie wszystkich pokoleń) można wiele skorzystać, na pewno ćwiczyć się w kulturze polemik.
Odwagi. Nie lękajcie się. Non abbiate paura.
Wczoraj Jasiek podesłał mi link na debatę dwóch sław w tej dziedzinie: Williama Lane Craig'a i Christophera Hitchens'a. Imponujące wrażenie, 3 tysiące słuchaczy z kilkunastu krajów, w wieku wszelakim. ROBILI NOTATKI! Od razu sobie pomyślałem, że dobrze bym się z nimi czuł, niezależnie od poglądów. Musieli by być skorzy do rozmowy - wyobrażam sobie - nie tak, ach, jak nasi współbracia i siostry w wierze po mszy niedzielnej na przykład, albo w internecie. Duszę w troki i broń Boże nie rozmawiać o tym z nikim. Bo to prywatna sfera życia człowieka, co skutecznie, jak widać, wmówili komuniści w PRL i całym bloku demokracji ludowej. No to mamy z rozpędu i w III RP nad-reprezentatywność pobożności ludowej a- i anty-intelektualnej.
Dzięki ci, Jasiek, dobrze jest ich (apologetów i nie) posłuchać, poczytać, bo zarówno wiara i niewiara powinny być racjonalne.
Ja, z pomocą własnych dociekań i wsłuchania w innych, odkrywam, że nie emocjonują mnie już zbytnio akademickie dyskusje o Bogu, wolę rozmowy praktyków. Perspektywa pytania, czy Bóg istnieje zbladła dla mnie. Jak istnieje i jak działa - jest pasjonująca i wciąga bardziej niż byle jaka transmisja sportowa. Jak istnieje w Kosmosie? Nie wiem. Jak istnieje w moim życiu? Podobnie jak w życiu milionów innych ludzi wszystkich epok, a dokładnie tych, które pozostawiły po sobie jakieś świadectwa. Jako nieodłączna Obecność. Kochająca, wybaczająca, zbawiająca. Wiem to i czuję poprzez wiarę i rozum. W tej obecności, i tylko w niej, jest dla mnie pełnia sensu, jedności, miłości. Ma ona charakter nawracających sinusoidalnie krzywych Gaussa (lubię się bawić językiem matematycznym). Ma swoje maksima, nigdy nie dojdzie do zera. Z jednej strony nie pozwala na to pewnie wychowanie, które odciska się na całym życiu osoby, a drugiej kultura, która nigdy - wierzę - nie wyprze się całkowicie wiary. Sinusoida - tak lub siak - jest kształtem mego emocjonalno-intelektualnego bytowania.
Co ciekawe i ważne w tych wynurzeniach i zbieżne z pre-dialogiczną filozofią świętej patronki Europy Edyty Stein, to konieczność Einfühlung, zbyt pospolicie tłumaczonego jako wczucie, bardziej mądrze jako empatia. Zwał, jak zwał, musi być. I to wcale nie w drugiego. Najpierw w siebie. Tak, tak, niezbędne jest poznanie siebie samego, na początek. I do końca... możliwości i czasu. Wiemy, że potrzebuje drugiego. Drugiego!
Kto ucieka od siebie, kto boi się lub nie chce zanurkować w swój świat wewnętrzny (duchowy) tego przyszłość widzę marnie. Może zrobi karierę (medialno-biznesowo-jaką-bądź) i odniesie sukces finansowy, ale cóż to za perspektywa przed przedstawicielem gatunku dumnie (szumnie) zwanego homo sapiens sapiens. Taki przedstawiciel jest bardzo niespójny, choćby z początkową fazą swojego rozwoju, w której pytał o wszystko. Potrzeba poznawania i uczestniczenia (także przez poznanie) w czymś większym (transcendentnym) od samego siebie jest, zdaje się, czymś powszechnym. Człowiek, który miał szczęście trafić na wierzących wychowawców niesie ją i hołubi przez całe życie. Czyż nie?
Człowiek, który tego szczęścia nie miał, niech pyta i szuka, może się uratuje. Życzę mu tego z całego serca i duszy. Zagrożenia niespójnością są wielkie. Na nic się zda wypowiadanie (czasem wykrzykiwanie) w kierunku tych drugich - bo przecież nie w stronę rozszerzającego się Wszechświata - "nie macie racji".
Co do mnie, to nie muszę mieć racji. Ja tylko chcę, by ktoś mnie chronił przed pułapkami (grzechami), które drzemią w moich(!) otchłaniach samego siebie i pomógł wprowadzić na taką samą drogę wszystkich, których kocham (szeroko ujmując - moich bliźnich).
Paradoksalnie, w naszym życiu jest więcej rzeczy niewidzialnych niż widzialnych, ale są "nieobecne" w naszej świadomej codzienności. Właściwie cała makro i micro skala. Ba, są nawet rzeczy, których nie ma. Widzimy gwiazdy, po których pozostało już tylko promieniowanie wspomnień. Nie mówiąc o naszym życiu wewnętrznym. Kościół w tej kwestii jest bardzo postępowy, od 325 roku wyznajemy - recytując w liturgii niedzielnej - wiarę w Stworzyciela wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych.
W debacie na Uniwersytecie Biola usłyszałem ciekawostkę demograficzną, że przed Jezusem zdążyło pojawić się na Ziemi tylko 2% populacji ludzkiej. Ot, to tylko ciekawa okoliczność, nic więcej. Ale może komuś także dać do myślenia. Wierzący na pewno nie są i nie będą jeszcze długo mniejszością. Może mi się to przydać na katechezie.
Przypis 1:
- ze wszystkich zbyt pochopnych (błędnych) twierdzeń, jeśli wytkniecie i nadeślecie, z pełnym szacunkiem chętnie się wycofam. Muszę się w tym ćwiczyć, przydać się może np. na internetowych forach, posiedzeniach Rady Pedagogicznej w szkole Rzeczpospolitej Norwidowskiej, czy innych nieprzewidywa(l)nych gremiach :-)
2.
Jak bogate życie duchowo-intelektualne można prowadzić przed komputerem uzbrojonym w Internet. Mam takie dni, które całkowicie się rozgrywają między łóżkiem, komputerem, kuchnią i łazienką. Nie polecam tego młodym, starym już chyba niewiele zaszkodzi :-)
Christopher Hitchens i Wiliam Craig są starsi ode mnie (1949). Kto ich zobaczy, nie uwierzy, ale to zależy od cywilizacji i warunków bytowych. Mnie życie nie rozpieszcza, kto chce, niech przejdzie się naszą codzienną drogą i zobaczy. Ale pal sześć, nie jest to najważniejsze. Ważniejszy jest (jeden) sens, jedna żona i piękna historia rodzinna.
Myślałem, że debata fundamentalna będzie w jednym kawałku, ale nie. Są następne numery. Jest piękny tekst podsunięty na FB przez Kevina, o mądrym biskupie i inny link podsunięty przez mądrą Różę. Jestem im wdzięczny, ich polecam, komentuję i błogosławię. Do tego jeszcze znalazłem transkrypcję debaty na Biola University i mogę moich dwóch nowych "idoli" słuchać i czytać do woli, co wiąże się z piękną historią rodzinną i dziećmi z jednej żony, bo to zawdzięczam w ewidentny sposób Jaśkowi, bo by bardzo chyba się to stać nie mogło, gdyby wychował się w innym domu i innymi potrzebami nasiąkł. Jeszcze raz dziękuję. Nikt nie zna syna, synów, córek tylko ojciec i nikt ojca, tylko synowie, żona i córki.