Wczorajsze dwa doświadczenia były bardzo....? Prorocze? Nie w
sensie przepowiadania przyszłości, ale wagi spraw i światła,
rzuconego na życie człowieka na ziemi.
Może tylko moje? Gdybym tak zawęził, mniej bym się naraził
krytyce (wprost wystawił na ostrza), ale byłoby to jawne kłamstwo.
Te dwa doświadczenia były lustrzanym odbiciem i brakiem
symetrii. Paradoks?
Pierwsze - (po raz pierwszy) dało mi doświadczyć małość
"wszystkiego". Powiązane było z odczuwaniem drobnych
dolegliwości cielesnych i dokuczliwości wszelkiej małości w
życiu, z jego stroną tzw. materialną, organizacyjną itp.
Drugie - wprost przeciwnie, było z krainy, gdzie sny
najpiękniejsze, niosło, zawierało, przyniosło pokój i
bezwzględne panowanie nad czasem itd., itp. Ten obraz, fotografia,
zatrzymanie w kadrze (?) było powiązane w sposób oczywisty z Mamą
Babcią Helą. Czy Ona była w środku, czy oglądała to samo, może
zza moich pleców, może z innej strony... tego nie potrafiłem
uchwycić, bądź zapamiętać.
Dzisiaj powtórzyły się dolegliwości, dokuczliwości. Wiadomo -
serce, trzustka, wątroba i nerki nie muszą być w najlepszej formie
u cukrzyka. Materia (zorganizowana w biologię) daje odczuć swoją
nietrwałość bytowi ludzkiemu, ponad-biologicznemu. Ale! Ale
wczoraj był wpisany w wieczorno-nocne doświadczenia i przeżycia
chrzest! A, po nitce do kłębka, właściwie ziarno zostało zasiane
wcześniej. Chrzest Jezusa był najpierw - notatki mam w kieszeni
kurtki, jeszcze nie ruszone. Tam już są zapowiedziane wątki
późniejsze, wczorajszy i dzisiejszy (z całego dnia, bo był to
dzień katechetyczny).
Materia dość nachalnie przypomina swoją nietrwałość w
ludzkim świadomym bycie. Przynajmniej u mnie, w styczniu 2013, u
świadomie przeżywającego swoje życie podmiotu myślącego. OK!
nie trwożysz mnie, zdrowie. Jesteś za to ważnym tłem, na którym
wyświetla się komunikat o wartościach, które cię przerastają
nieskończenie. Wiążą się z chrztem, w chrzcie - na rozum - mają
początek. Bo!
Bo inaczej nie bylibyśmy w stanie zrozumieć naszego lekkiego
przeżywania śmierci (i pogrzebu) Mamy Babci i Teściowej Heli,
Helenki od Wiatrów ze Świdrówki. Biologicznie zanikała powoli,
nigdy nie tracąc swojej tożsamości, a przede wszystkim swojej
strony duchowej. Ta duchowa strona Jej życia była i jest
dominującym doświadczeniem, REALNOŚCIĄ, a dzisiaj także
wspomnieniem. Są to właśnie chrzest (po cóż bym/byśmy
nawiedzali chrzcielnicę w Szczucinie w parafii św. Marii Magdaleny
przed 20 laty?, sami z siebie? na pokaz? komu? czemu?), I Komunia, o
której nam opowiadała, modlitwy, których nauczyła, niektórych
nie ucząc wcale, tylko z nami się modląc pod figurą Matki Bożej
w Annopolu, duchowość bł. Karoliny, a może tylko tzw. zbliżenie
geograficzno-czasowe, bo to ja wymyśliłem, tak mnie naszło, tak
czułem i wierzę. Ona nigdy o niej nie mówiła chyba, ale
staroświecka wizja czystości (rączki na kołdrze), jaką Mama
reprezentowała, może jako ostatni Mohikanin, kazała mi tak myśleć.
Modlitwy, o których wspomniałem, to:
1) najpierw "Duszo Chrystusowa"
2) następnie, bo niekoniecznie potem, Litania Loretańska
3) i psalm 91 (przekład: Jan Kochanowski)
Pamięć zachowuje też, oczywiście:
- pielgrzymki rodzinne (z Rodziną Rodzin) na Jasną Górę, chyba
na Matkę Bożą Różańcową (?), nb. nasza najstarsza córka Zosia
jest z 6 października(!), z wiecznej wigilii tego święta
- Roraty śnieżne, ze mszą łacińską, do której służyłem,
ad Deum qui laetificat juventutem meam - co łatwiej jest
zrozumieć po latach, ale rogaliki z mlekiem wsuwałem chętnie i
szedłem do szkoły
- nabożeństwa w środy do Matki Boże Nieustającej Pociechy
(które zostały wprowadzone w którymś momencie dziejów parafii
św. Jana Kantego, za prob. Bolesława Kaczmarskiego, albo już przez
jego następcę Józefa Burzę, który położył mi rękę na
ramieniu i podpytywał, czy bym nie poszedł „na księdza”, ale
ja jakoś nie miałem tej drogi pisanej, pamiętam za to klimat
inauguracji nowej pobożności para-liturgicznej, nie pamiętając
szczegółów)
- a nawet nieszpory niedzielne (chyba niezbyt chętnie?), majowe,
czerwcowe, Drogi Krzyżowe i Gorzkie Żale, no i jakże, wyprawy na
msze niedzielne w czasie wakacji annopolskich do kaplicy na Trawach
(do Strachówki na odpusty szło się lasem niosąc byty w ręku,
przed cmentarzem nogi myło w Cienkiej).
Nie byłoby
mnie. Nie byłoby mojego dzieciństwa i wczesnej młodości, bez tego
całego
scaffoldingu,
bo
nie sztafażu religijnego. Tak zostałem wychowany. Tak
się pozwoliłem wychować, nie odwracając głowy, ani nie rwąc
brody nikomu, ni sobie włosów nie wyrywając. Taki jestem. Jak
sursum corda, to od razu
habemus ad Dominum. Trochę
łaciny ministranckiej mi się w życiu przydało i przydaje. Jak bez
niej miałbym świętować nieśmiertelną intonację kard. Pericle
Felici
"Annuntio vobis gaudium magnum;
Habemus
Papam.
Eminentissimum ac Reverendissimum Dominum,
Dominum Carolum Sanctae Romanae Ecclesiae Cardinalem
Wojtyla qui sibi nomen imposuit Ioannis Pauli Secundi",
po której ciągle można się tylko rozryczeć!
Łacina zbliżyła mi bez żadnego ociągania (z żadnej ze stron)
kanony z Taize:
Cantate Domini, Alleluja, Alleluja, jubilate Deo
(na pielgrzymce na Jasną Górę 1974),
Ubi Caritas et Amor,
Laudate omnes gentes, Confitemini Domine, Oculi nostri ad Dominum
Jesu, Crucem Tuam adoramus Domine, Misericordias Domini in aeternum
cantabo, Exaltabo Te Deus Meus... etc.etc.etc. na wzgórzu w
Burgundii (1979, 1980).
Czas kończyć, bo jak na jeden odcinek znów będzie za dużo.
Czego się tu nie tknę, rozrasta się w (bezwstydne) bezmiary. A - w
sumie - chciałem tylko utrwalić doświadczoną i przeżytą pod
kołdrą myśl, że wszystko mi się pięknie i klarownie
porozkładało, na trzy:
- materia cielesna (głównie rozpatrywana w aspekcie zdrowia,
czyż nie), życie biologiczne
- życie duchowe, nieskończone, trwałe ponad pojęcie
- i to, co - według mnie - jest formą pośredniczącą,
tkanką/materią łączną, czyli życie społeczno-publiczno-zawodowe
Moje dzisiejsze sprowadzone zostało (szczęśliwie) tylko do
drugiego. Uff! Chyba ominąłem rafy. Stoję więc sobie jeszcze z
musu na korytarzu w poniedziałki, dyżurując na chmurce, albo już
w przedsionku nieba. Czegoś więcej? - nie. Nie muszę i nie chcę.
Inni też nie chcą wiedzieć, albo boją się spytać? - choć Emila
właśnie o to dzisiaj spytała: - kontemplujesz? Nie, odpowiedziałem
zgodnie z prawdą. Bo jeśli, to z całą TĄ szkołą
(Rzeczpospolitej Norwidowskiej), wbrew, albo obok? - się nie da i po
co. Spodobało się Bogu zbawić nas we wspólnocie i poza nią nie ma
zbawienia. Masło maślane.
A prócz tego, czyli prócz teologii i filozofii człowieka
(antropologii), całkiem fizykalnie, miejsce dyżurne mam na
korytarzu, na wprost dyplomu „Szkoły Uczącej Się”, po prawej
stronie popiersia Mistrza i z Niego motta „kto pracował na miłość,
ten potem z miłością pracować będzie, to jest szczęściem
prawdziwym...”. O głupstwach tego świata i nowych religiach
(Orkiestra Świątecznej(?) Pomocy, ideologia gender, równe prawa
dla idiotycznej uzurpacji małżeństw homoseksualnych, ani o
rozdawaniu Oskarów, jeszcze pewnie (nie)jedna, plus coś zachowam
in
cordis or in pectore...) już niechcę, nie muszę.
PS.1
Każdy ochrzczony (czyli zanurzony także głębiej w kulturę,
sakrament to nie maszyneria) zobaczy na swojej drodze cuda. Zobaczy,
powącha, usłyszy, dotknie posmakuje, pojmie wiarą i rozumem, jeśli
ich użyje. Nie może być inaczej, bo chrzest daje życie Boże
(życie Boga samego). To nie jest tak, że tylko Faustyna, a
wcześniej Jan od Krzyża, Teresy itd. Tyle, że oni (i cóż, że
często na polecenie) pisali, a my nie. Piszcie, kiedy cuda się
dzieją. Sobie. Dla siebie, ale i dla sprawiedliwości, bo nikt nie
żyje i nie umiera dla siebie. Gubiąc cuda, które się ścielą na
naszej drodze, okradamy innych, także najukochańszych. Suma cudów
przyjętych, zachowanych w sercu, w wierze i rozumie, przepaliłaby
ten glob na wylot. Po samo serce Boże.
PS.2
Tu miały trafić notatki z kartki ze mszy niedzielnej, te z kieszeni kurtki, ale nie znalazłem warunków podmiotowo-przedmiotowych. Może jutro? Może kiedyś? Może...