16 maja 2011

Sentymentalne łażenie po Warszawie (1)

Skoro musiałem, wykorzystałem, zrobiłem sobie łażenie po Warszawie. Punkt docelowy - V LO "Poniatówka". Wystartowałem spod trasy W-Z. Schodami do góry, do kościoła św. Anny. Specjalnie zaszedłem do kaplicy loretańskiej. "Ważnym elementem jej wystroju są epitafia i tablice pamiątkowe, poświęcone między innymi Cyprianowi K. Norwidowi i Józefowi Piłsudskiemu. Szczególny charakter mają tablice upamiętniające polski wysiłek wojenny, takie jak Pomnik Chwały Kawalerii i Artylerii Konnej WP czy tablica Polskich Sił Powietrznych 1939-1945. Swoje epitafium mają w tej kaplicy także ofiary zbrodni katyńskiej, a inicjatorem epitafium był przewodniczący Komitetu Katyńskiego Stefan Melak, który zginął w katastrofie pod Smoleńskiem. - To epitafium jest bardzo piękne, ponieważ jest konar drzewa, wycięte drzewo, pod korzeniami drzewa są czaszki. Przeniesiony krzyż spod Pałacu Prezydenckiego bardzo dobrze wpisał się w całość tej kaplicy - podkreślił proboszcz ks. Siekierski".

Chciałem potem przejść się moimi ulicami, jeszcze od czasów "Lalki" i Bolesława Prusa. Zaraz po ślubie zrobiliśmy sobie z Grażyną zdjęcie pod pomnikiem dzielnego szewca Kilińskiego (rzeźba Stanisława Jackowskiego) i pod pomnikiem dziadka Prusa, któremu gołębie wciąż srają na kapelusz.
Szedłem więc dzisiaj swoja Warszawą. Na przeciwko św. Anny stałem w 1979 w szpalerze porządkowych, papież mijał nas ocierając się sutanna :)
Na ulicy Ossolińskich był zaś mój odcinek wpuszczania ludzi (pielgrzymów) na plac Zwycięstwa pamiętnego 2 czerwca 1979 roku. Byłem odpowiedzialny za ten odcinek z ramienia kościelnego organizatora. W czasie kazania krążyłem od Krakowskiego na obrzeża placu. Tam przeżyłem kazanie, a zwłaszcza wybuchy i długie salwy oklasków i potop religijno-patriotycznych śpiewów. Dziś przy wylocie ulicy stoi namiot "Solidarni" z asysta służb porządkowych i policji. Nie przyciągnęli mojej uwagi, niewyraźni, nic - co by było w stanie oderwać myśli od wspomnień. Cóż to znaczy wobec wielkiej historii Ducha, która tam się rozegrała.

Pałac prezydencki mijam, jak mijałem. Turyści zagraniczni robią zdjęcia zabytku. W bocznej uliczce do Akademii Sztuk Pięknych jest plenerowa i czasowa galeria o "Konstytucji 3 Maja". Dobrze mi z nią. Polska jest jedna i ma ponad 1000 lat. Żadna współczesność nie może jej przechwycić dla siebie.
Idę aż na róg Nowego Świata z Alejami Jerozolimskimi, nie tylko ze względów katechetycznych, ale żeby wypić kawę Latte, bo pamiętam jej smak od dnia konferencji na XX-lecie naszej samorządności, która odbyła się w Senacie RP. Miałem wejściówkę-zaproszenie przez program Liderzy PAFW, z edycji Grażynowej. Przy kawie czekałem wtedy na innych, patrząc na palmę i de Gaulla, pod którym byliśmy umówieni. Ciągnie wilka do lasu i szklanki z białym spienionym mlekiem.

Lazłem dalej. Marszałkowską wzdłuż co nieco odnowionych szklanych ścian dawnych domów towarowych "Centrum" i żałosnych pozostałości po najnowocześniejszym onegdaj kinie "Relax". Bliżej ulicy Sienkiewicza przypomniał mi się już nieistniejący punkt xero, w którym odbijałem program wyborczy do pierwszych wyborów samorządowych roku 1990. Kazio pamiętał w nim o każdej drodze i wsi, podaliśmy tez nasze personalia. Żadnych stref cienia, jawność nad jawnością, może tym zwyciężyliśmy? Musiałem wtedy jechać do Warszawy bo bliżej nie mogłem zrobić odbitek formatu A3. Byłem poniekąd przyzwyczajony do kursowania na tej trasie, z Warszawy przywoziłem "bibułę" (od Wieśka Kęcika, ul. Racławicka, obok stadionu Gwardii).

Skręciłem w Grzybowską pod Teatr Żydowski i synagogę "Nożyków". Eh, wielokulturowość! I herbata z Edytą Geppert w kawiarence obok, czekając na film w Instytucie Francuskim (w jego dawnej siedzibie). Ale i inne wspomnienia sięgające sporo jeszcze zniszczonej Warszawy. Pamiętam jak wracaliśmy z Kościoła Wszystkich Świętych po jakimś świątecznym (grudniowym?) spotkaniu Rodziny Rodzin. Ciemno, zimno, wietrznie było. W ruinach, spod jakiejś cegły magister, późniejszy profesor wyciągnął czerwony banknot. Nam, dzieciom (6-8 lat) wydawało się, że to "ruiny skarbów". Przez wiele lat tak myślałem.
Dziś nie ma już ani tego, co został profesorem, ani dwóch magistrów, a niektórzy są znowu blisko ruiny.

Czasem trzeba pojechać do Warszawy, gdy życie przymusi. Lubie iść wśród innych ludzi, patrzeć, zastanawiać się skąd, dokąd, jak żyją. Mam tak od małego. Jak kiedyś na moście we Wrocławiu. "Ludzie idą przez most, z jednego na drugi... a taki siedzi, patrzy jak idą... Siedzi i siedzi, idą i idą".

Hala Mirowska - gdzie w sali pod spodem, na studium WF Politechniki Warszawskiej, mgr Józef Grudkowski wyciskał z nas siódme poty na siłowni. Nie było zmiłuj. Na zaliczenie trzeba było podnieść tyle a tyle procent swojej wagi. Na sprawdzianach u niego biło się rekordy, bo umiał motywować. "Nie cackaj się ze sobą - raz, dwa, w górę". Poszło, opuść.

(cdn.)
← PoprzedniMedia do życia wiecznegoNastepny →Rozumieć myślącego dwunoga (cd. łażenia po Warszawie)