Mówię sobie, dość. Czuję nawet niesmak. Absmak? Za to pisanie. Tak dzień skończyłem.
A dzisiaj rano ledwo obudzony wstaję i lecę do komputera, bo. Bo znów to samo,
ten sam mechanizm. CUDOWNY  MECHANIZM - że śladu
nie ma po zmęczeniu sobą, po swoim pisaniu i jego sprawach (często
sporach lub oporach ludzi nieżyczliwych i wiecznie obrażonych przez
słowo moje, że w ogóle jestem).
Że światło świeci tak jasno, że muszę je przelać na coś,
na blog lub Facebooka. W kościele na mszy - na białą kartkę A4
złożoną w A7.
Światło. Duch. Lekkość. Sens. Wyjaśnienie.
Znów będąc wierny powołaniu - pisząc - dostaję kolejną
porcję zrozumienia. Wczorajszego chwilowego zwarcia z pięknym
księdzem z Kanady (La Fleur) i gościem właściwie anonimowym z
Wołomina.
Z księdzem z Kanady? Bo on doświadcza wiary i pisze o niej w
"Ostrzeżeniach" ("
How do I enter the Road of
sanctification and purification? and live the Warning before the
Warning?"), a ja w "Świetle. Duchu. Lekkości. Sensie.
W WYJAŚNIENIACH." Wyjaśnienia, ojaśnienia, objawienia...
Mówimy na pewno o tym samym, ale musi zaiskrzyć, różne widać w nas drzemią
potencjały, różne działają w nas pantografy (odbieraki prądu).
Za co, z kimś z Wołomina? Za łatwe rzucanie słów w postach, co to
mają śmieszyć(?), mało wnosząc do sprawy. Za to, że ktoś nie
wnosząc w pełni swojego imienia, oblicza, poglądów, lekkimi
(lekko-be-myślnymi) słowami sypie piasek w tryby pięknego pomysłu,
by otworzyć szuflady wierszy, serca, myślenia, szczerości.
Siebie - w mało personalistycznym świecie powiatowym, gminnym...
Polska może (nami, każdym bez wyjątków, byle pod sankcją szczerości do
dna)
zapięknieć.
Piszę gorączkowo, impuls za impulsem, nie zdążę, nakryją
się, prześcignie pierwszy drugiego, trzeci pierwszego... Nie
nadążam. Nie zdążę wszystkiego, to wiem. Ale to każdy inny może kończyć w
nieskończoność, choć wszystko już opowiedziane, to (lecz) ciągle
się dzieje. Człowiek jest częścią wszystkiego przez sam fakt, że
istnieje. Nie jakieś tam socjologie, psychologie społeczne... one
piękne, usłużne, potrzebne, lecz nigdy nie ostateczne, zawsze
cząstkowe i względne. Absolutne są encykliki.
Mnie radośnie się stało, jakbym napił się nieba z
przeogromnej szklanicy, w przeogromnej świetlicy... świata. Szkoły szkół wszelakich.
Ale absolutność TEGOŻ porannego doświadczenia, ekspiriensu,
dasein und so weiter, l'être et le néant? - potwierdził w przelocie
niejaki hrabia
Lew
Nikołajewicz, tylko z takimi
umiałbym
rozmawiać i czuć się swojo dzisiaj. Ja, z ogromnym
doświadczeniem odrzucenia i obelg od swoich, wśród których
się rodzilem na nowo i na wieki w Solidarności z Absolutem
wartości. Polsko, Polsko. Rosjo, Rosjo (jam ci bratem, nie w
polityce, w cierpieniu, którego nikt nam nie ma prawa odbierać.
ŻADNI POLITYCY, tu i tam, także tzw. samo-i-rządowi, tego
zranienia nikt już chyba nie dorośnie za mojego życia zaleczyć,
prócz, wiadomo, zaświatów, transcendencji i najgłębszej
Obecności).
Więc co mi poranek powiedział o Bogu? Że znam wielu? - a może
tylko wiele określeń, na różnych polach kultury? Lecz jedno
mam doświadczenie i jedną naukę. Doświadczenie ABSOLUTU moich
(ludzkich) odczuć i dociekań. Jedną biblijną naukę (Krzyża)
Zbawiciela. Bardziej biblijną naukę z pomocą kościoła, niż
naukę kościoła z pomocą Biblii.
Absolut wszystko "rozpuszcza" w Sobie. Ja byłem rano
rozpuszczony. I Iwan Ilicz u Lwa Tołstoja. Co do tego nie ma żadnej
wątpliwości. To są doświadczenia uniwersalne, człowieka na
ziemi. Od? Od kiedy ma dostatecznie rozwiniętą świadomość
(tożsamość pomaga), samoświadomość (kognitywitykę?).
Iwan i Lew (i ja) wiedzieli, powiedz "wybaczcie" a
wejdziesz do nieba. Nie spróbujesz, nie wiesz.
C'est a toi.
Skąd wiem, że to Bóg?! Że z Boga? Znasz inny Absolut?
Więc najpierw znam i doświadczam Boga w sobie. Z pomocą
kościoła i całej kultury człowieka na ziemi. Biblia
always
included. Potem w naukowych książkach i literaturze przeglądam
się w odblaskach. To znaczy, cała reszta światopoglądu -
kosmologia, antropologia, życie rodzinne...
Jadę na pierwszą radę pedagogiczną (posiedzenie), jak na
odpust szkolno-gminno-parafialny! Obym nie musiał nic mówić. Już
za dużo gadałem, i ciągle pisze wszystko. Niech inni przemówią.
Jeśli tylko o sprawach aktualizacji prawa oświatowego, to nic tam
po mnie. Gdyby o sensie, o duchu - to tak, nie mógłbym i nie chciał
się uchylać. Trzeba z żywymi naprzód iść.
Z westchnieniem tęsknoty wspominam Radę sprzed lat, gdy każdy z
nas nauczycieli, definiował swoją dziedzinę i umieszczał na mapie
świata-oglądu. RAZ SIĘ TYLKO ZDARZYŁO! Ja tylko raz miałem taką
radę w swoim życiu. Oby następne pokolenia - każdą. By bez
rozumienia siebie i całości, nie próbowali tworzyć czegokolwiek.
Mam zbyt w(y)górowane wyobrażenia o oświacie współczesnego
człowieka. Budowane na prawdzie o nim samym, nie na rozporządzeniach
postkomunistycznych (postmodernistycznych?) władz. Czytam właśnie
encyklikę "
PASCENDI DOMINICI GREGIS" św.
Piusa X. Czytam ją, bo wpadłem, w ślad za ..., którego znalazłem
jako złącznik do wyjaśnienia miejsca przebywania hiromonacha
Romana, którego wiersz prześlicznie śpiewa Żanna Biczewskaja.
Konieczny jest w szkole (na każdym poziomie) przedmiot "Prolegomena
do współczesności".
Hypothesis non fingo. Jestem prowadzony za ręką, litera po literze.
Siedziałem na posiedzeniu RP! - co samo w sobie ma
piękny wygląd, a wydźwięk? - musi też mieć. Siedziałem,
starałem się dotrzymać sobie danego słowa, że gęba na kłódkę,
notowałem. Emilę wzywam na świadka, siedziała po prawej. Wszystko
przepadło, na to nie ma rady. To też musi być zapisane, te
przegrywane zapasy ze światem (techniki). Na to nie ma rady, muszę
dać na świadectwo? - czego? - kogo? Na pewno siebie, swojego zagubienia i nieporadności.
Wiem, pamiętam coraz częściej (raczej), zapisuję, robię kopie, już po paru latach
odkryłem strzałki w menu (jeśli to tak się nazywa) blogspota,
które zawsze – o dziwo – tam były, ale i tak się nie da
uchronić przed katastrofą. Wiktimologia komputerowa starszego
pokolenia?
Bo strzałki działają tylko podpięte pod net. A
wychodząc z sali, która oczywiście WiFi nie ma, klapnąłem klapę
swojego laptopa, by w domu otworzyć i kontynuować rozpoczęta
pracę. Ale po drodze, w okolicach domu – pod brzozowym
grzybodajnym laskiem - usłyszeliśmy z Krzyśkiem w samochodzie
grający Akatyst (
Bornus Consort nagrał z (i dla) ks. J. Maja). Z niedowierzaniem, i z nieco późniejszym zrozumieniem, acha! że międolę torbę/pokrowiec w rękach na ogromnym
brzuchu, kieszeń napędu CD się raz otworzyła, drugi raz
bezwiednie zamknęła, uruchamiając proces technologiczny (u mnie
kognitywny).
Będąc już w domu robiłem kawę. Krzysiek, zięć(?)
zlitował się z własnego serca i chce wziąć duże już „maluchy”
na sportowy spacer, zaanonsował, zyskał potwierdzenie woli
szczerej, serdecznej. Ja robię kawę na sposób włoski. Marysia
krzyczy z pokoju, że mój komputer buczy w torbie. - To wyjmij,
wyłącz, wciśnij kieszeń CD!- odkrzykuję z kuchni.
Marysia tak robi, ale on dalej buczy. - Szlag niech go trafi, zaraz wracam.
Tak było, tak opisuję.
Więc rozumiecie, wicie, że uniknąć się nie da
katastrofy. A Lazarusem, którego podpowiedział Mizin, posłużyć
się nie umiem. Ściągnąłem, wszędzie się ukazują jego ikonki,
ale proces wskrzeszania pozostał dla mnie – jak był zawsze –
tajemny. Teraz jednak (acha!) odkryłem, że jest asystentem przy moim
pisaniu bloga, więc tu już jestem ubezpieczany na przyszłe życie
(na blogu pisanym w podłączonym do netu/neta świecie), ale nie ma
siły, by działał, gdy Szkoła Rzeczpospolitej Norwidowskiej nie ma
WiFi.
Więc staram się od-myśleć co zanotowałem?
Pewnie napisałem, ze wziąłem do szkoły (ZE SOBĄ)
krzyż pietro semiprecioza, (choć cholera, przepraszam za wyrażenie, ale nawet, jak tu nie pasuje, to i tak jest na miejscu) bez pytania żony-dyrektora, mogło być wbrew i list do Papieża od tejże szkoły sprzed lat.
WIEM CO JEST FUNDAMENTEM MOJEJ SZKOŁY.
Żałowałem pewnie trochę braku chwili przelotnej modlitwy przed – zbyt wielkim
obradami, zbyt wielkiego ciała(?) - lub świecy ze światłem
wyższym na stole. Żono, żono, żono moja, Tobie też nie przepuszczę :)
Lecz cóż - aż dotąd - brakowało mi/nam na tym świecie? Taki jest (po PRL).
Marto! Marto! - ty wiesz, co to jest niekonsekwencja i znasz cudowny mechanizm przemiany. Usiąść u Jego stóp i posłuchać Słowa Prawdziwego.
Więc napięcie malutkie jest zrozumiałe, bo było, gdy musiałem
spytać o liturgię na rozpoczęcie roku szkolnego, kto ma
przygotować, bo bywało i utrwaliła się pewna tradycja, której
jednak być nie musi, że świat szkolny-katechetyczny, ale to także nakładało pewien obowiązek, by potem trwać przy ołtarzu przez cały rok na
Szkolnych Mszach
Niedzielnych. Potem poprzednik proboszcz rozpędził tę inicjatywę,
więc skąd mam wiedzieć, jak się teraz zachować, gdy jest świetny
następca, ale stare zabiegi trwają, by nas przegonić, a zastąpić
sobą. Ja nie miałbym nic przeciwko temu, ale gdyby było jasno
spytane przez tego kogoś drugiego i (od)powiedziane, że zmiana
warty. Skoro nie pyta, muszę ja. Przyjąłem ten słodki obowiązek
z wszystkimi konsekwencjami 30 lat temu (nie każę nikomu z tego
powodu świętować). Mam go/GO z tyłu głowy i w sercu i w pamięci
i w tożsamości. Obowiązek siedzi tam wszędzie i woła, BĄDŹ
WIERNY. Pytaj! Spytałem. Mam przygotować.
Na pewno zapisałem w utraconych zdaniach FAKT nagłej
zmiany rzeczywistości społecznej w naszym zespole szkolnym,
związanej z wyjazdem do Suwałk i Ostrej Bramy (jak brzytwa
egzystencjalna?! - lecz w pewien sposób i brzytwa Ockhama). Miałem
nie jechać. Takie miałem światło wewnętrzne przez czas wakacji.
Jeszcze wczoraj na zapytanie, z pewną taką nieśmiałością „czy
jedziesz jutro z nami?” Dyrektora-Żony, odpowiedziałem:
- Po dogłębnym rozważeniu i z pełną świadomością i odpowiedzialnością... itd.
„NIE”. Wiesz, pomyślałem - stało się to dla mnie bardzo,
bardzo jasne, że ten wyjazd, TAM, jest wielką szansą na nowy
początek. Na nowe życie w zespole_szkolnym.rzeczpospolitanorwidowska.pl,
lżejsze do strawienie, mniej niedomówione? Bo nowy duszpasterz,
nowa era? I ta
Ostra Brama! A moja osoba, stargana, wiele słów już
rzuciła, narozrabiała, by przeszkadzała. Choć czekałem całe
lato, że może jednak coś szybciej spadnie z nieba, się zmieni na
lepsze i wtedy ja mógłbym jechać w całym komplecie i nikomu nie
szkodzić. Ale, nie, "nikt nie zawołał z daleka", nic się nie zdarzyło, takiego.
Ale dzisiaj coś się wydarzyło! Na pytanie dyrektor-żony (co za
niezręczność dla nas, dla parafii? i gminy?) na posiedzeniu „kto twierdzi, że jedzie, kto
po-twierdzi, że nie” wiele rąk się podniosło. Na „NIE”. To
we mnie od razu podniósł się odruch, narodził (?), (mówi się zrodzić bunt) – no
to ja muszę! Nigdy nie rejterowałem
w ważnych momentach, nawet jeśli się bałem, a czasem bardzo, po
północy podchodząc do zbójów dwóch, którzy zaczepiali na
ulicy kobietę. Bać się to jedno, musieć coś zrobić - to
drugie. Twierdzę, że nie pamiętam, bym zrejterował w takiej
chwili. Po co jest
obiektywna etyka ufundowana na metafizyce?
Broń Boże nie podejrzewam, nie rzucam cienia
na innych. W niczyją odpowiedzialność nie
wątpię. Każdy ma jakieś powody, na pewno. Czasem nawet dosłownie ewangeliczne :-)
Suma tych powodów –
na „TAK” i na „NIE” tworzy klimat i ducha zespołu. Żaden
powód nikogo nie dyskredytuje, ale tylko i pod warunkiem (w ostateczności przy
odrobinie) większej szczerości. Najlepszą szczerością jest przejrzystość, wtedy
wspólnota aż kipi twórczą miłością. Robota ducha aż wre.
Miałem właśnie nie jechać, by dać szansę duchowi się
odświeżyć, lub by nie podtrzymywać pozorów.
"Nieobecność” innych jest powodem mojej nagłej i nieoczekiwanej zmiany przed-decyzji. Mojej obecności tam (istny
l'être et le néant, choć całkiem na opak).
Ostatnie 7-10 minut posiedzenia rozbłysło dwoma krótki wypowiedziami-autoprezentacją nowych członków Rady Pedagogicznej. Ksiądz proboszcz Mieczysław ma za sobą 20 lat kapłaństwa (nie wygląda a to ;) w pod i warszawskich parafiach. Praca z gimnazjalistami mu nie straszna. Zajmował się nimi i proponował ciekawsze, trudniejsze życie i tematy. Narty, formację duchową, po szkole, na wyjazdach. Zna się, ceni i chciałby jak najlepiej i najszerzej wykorzystać techniki komputerowe i Internetowe dla budowania Królestwa (o co zresztą papież prosi swoich kapłanów). Z Sebastianem w parze mogą zdziałać cuda!
Ania od pilotażowego projektu na wzór Ameryki, jest spod Rzeszowa. Robi dyplom pod kierunkiem dr Bohdana Skrzypczaka od
Centrum Badań Społeczności i Polityk Lokalnych na Collegium Civitas. CAL nie jest jej obcy. Zajmie się naszymi uczniami, nami i gminą ku pokrzepieniu serc i rozwojowi. Rozwój nie skończył się na wprowadzeniu samorządu lokalnego, ciągle potrzebuje studiów i bodźców, by nie skostniał.
Przypomniałem sobie, ze w czerwcu wioząc ją z PKP Łochów prosiłem o wielką przysługę. O prowadzenie bloga, od pierwszych chwil z nami pobytu. Jakąż by był szansą na obiektywizację naszych trudnych spraw. Przypomnę, ale czy się uda :-)
PS.
Chętniej przeczytam cały tekst
Olgi
Topol z pisma Koła Naukowego Filozofii Kultury przy
Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Śląskiego, niż znanej profesor
"Żyjąc tracimy życie" (wręcz uważam to za brednię! czy tracimy też wiarę, nadzieję i miłość?, co najwyżej różne komórki i formę). Albo to,
Adama Sawickiego od rosyjskiej filozofii.
Skrobnie się lekko w necie, a wnet lecą z niego jako szczapy smolne, zapalone
iskry, "odkrycia", i na oborot dociekania...
Z
każdej strony.
Gdzież ten Tołstoj nie zaszedł, nawet do naukowej i niekonwencjonalnej
medycyny i
rozważań
Kajusa o własnej śmierci w logice Kiesewettera (niestety strony
nienumerowane, rozdział "
Śmierć? To
niemożliwe..."). Ten sam fragment
jest
i tutaj.