O Wymarzenach Utopistych warto wiedzieć i to, że w starych dokumentach można znaleźć formę 'Marzenowo Utopiste', a nawet 'Wy-Marzenowo', co w konsekwencji dawało krótszą nazwę 'marzenianie' lub 'marzęcinianie' na mieszkańców, co nieraz i dziś występuje w urzędowych dokumentach, i jest nadal w dość powszechnym użyciu, co wynika z normalnej u ludu tendendencji do skracania długich nazw 'wymarzenianie?' i upraszczanie ich wymowy.
W Wymarzenowie Utopistym działał sąd, na mocy ustanowienia-ukazu
jeszcze z czasów cara, który był przed laty władcą absolutnym całej
krainy. Inny to był sąd niż wszystkie, ale Wy-Marzenów (forma Wy-marzenów, w której drugi człon nazwy pisany był z małej litery, nigdy się nie przyjęła) był także
inną krainą. Jej inność potrafiła się zaprezentować przy
różnych okazjach, w wielu dziedzinach życia, ale najbardziej
widoczny był zwyczaj nic-nie-mówienia-publicznie o swoich,
zwłaszcza najważniejszych sprawach.
Wszyscy milczeli jak grób "w
dziedzinie publicznej" jak to się wtedy u nich nazywało.
Inność ich sądu polegała na tym, że nie musiał się zbierać,
by wydać wyroki. W dziedzinie zwyczajowego - nikt nie mógł
twierdzić, że nakazanego, nie było przecież na to dokumentu -
milczenia, sąd działał najszybciej i bezwzględnie. Potępiał od
razu, bez zbędnej zwłoki "od ręki", każdego, kto
odważył się, albo niebacznie, z zapomnianego wśród marzęcinian
utopistych ludzkiego odruchu, odezwał się w sprawie publicznej. Sąd
powszechny krainy orzekał o takim, że jest siewcą nienawiści i
skazywał na niebyt. Niebytem była banicja wewnętrzna i
przemilczanie, urzędowe i prywatne. W tym marzęcinianie i ich władza byli biegli i
przedziwnie mądrzy, bo wiedzieli, że jest jakaś tajemnica mowy
odziedziczonej po nieznanych przodkach, bo chyba nie od jakiegoś
poprzedniego gatunku, który mieszkał na ich terenie - tajemnica
trujących słów, te im tylko zostały, ale kiedyś podobno były
też słowa życia. Tajemnicza mowa? Bagienna? Bagno? Parów?
Szuwary? Z szuwarów kiedyś wyszedł Ktoś, ale o tym cicho, sza, na
razie.
Wy-Marzęcinianie z dawnej świetności przodków i gatunku wzięli
tylko tę jedną czarną stronę ich mocy - że słowo zabija. Choć i
to powinienem powiedzieć na samym początku, że byli to w
oszałamiającej większości bardzo mili ludzie i bardzo porządni.
Ta jedna przywara ich tylko dopadła i to nie z ich winy, że bali się
mówić, bo przyjęli panujące i wygodne dla oszałamiajcej
większości zwyczaje, no i zapewne znielubili myślenia, boby im
ciągle coś wypominało.
I tak zwyczaj i sąd milczącego potępiania stał się dla nich jednym, był po prostu
ich zwyczajnym życiem. Każde słowo niebaczne, przez kogoś użyte
w sprawach publicznych, nawet nie ciężarne wagą danej rzeczy, ot
tak, wymsknęło się komuś, jako lekki, albo głupi żart, burzyło
ich świat! Zagrażało jedności ich wierzeń i przeświadczeń,
przed-przed-przed-potopowych, sprzed cara. Było dla nich trzęsieniem
ziemi, które podobno się zdarzały w innych częściach globu. Łamało fundamenty ich nad-budowli, którą swoją ciężką pracą
i obowiązkowo 'znojem' tworzyli dla siebie i dla dzieci swoich.
Czcili tę jedność, innej chyba już nie rozumieli, całkiem o
innej - tej która była na początku - zapomnieli i już(?) jej nie chcieli. Zanikła u nich taka wrodzona gatunkowa potrzeba. Mieli nawet pomysł, by wykreślić jedynkę ze swoich podręczników
algebry, ale odłożyli jeszcze tę uchwałę swojego najwyższego
zgromadzenia - i sądu zarazem - na później. Chcieli wcześniej
dokończyć inwestycyje, co też było obcym słowem, ale nie
wszystkie nowe słowa im się nie podobały. Niektóre słodko
brzmiały i wszystkim, aż się oczy śmiały na ich dźwięk.
Dlatego słowa Amytykósa, jakiegoś zuchwałka, osądzonego już
przecież, na zawsze i na wieki, który w swojej głupocie i
bezczelności śmiał nie uznawać do końca panowania nad sobą
innych mieszkańców, na urzędach i bez urzędów, ale przede
wszystkim ich przekonania o swojej racji i o przywileju-nadaniu im przez cara? a może jeszcze kogoś innego? ludowej władzy i zwyczaju,
że tak właśnie ma być, były największym zagrożeniem świętego
spokoju Wy-marzęcinian utopistych.
- "Słowo-to-fobia" (pisane razem jako "słowotofobia" lub z
hyphenem, hyphenation nie jest takie głupie i używane często przez poetów i pisarzy) ich zniszczy, śmiał się kiedyś podobno sam
do siebie, pod swoimi ohydnymi wąsiskami Amytykós - ktoś słyszał
i powtórzył komuś, ale nigdy nie było wiadomo, kto komu.
Amytykós, wiadomo, posługiwał się dziwnymi słowami, rzucał je po prostu z rękawa.
- Chcecie być jak bogowie, wszystko ma się stać przez was, i od
was brać początek, dlatego nie chcecie - wyparliście się - tego,
co było przed wami. Tak potrafił podobno powiedzieć do Kogoś, co także podsłuchał
ktoś, ktoś doniósł drugiemu, pewnie i na urzędy, ale nie wiadomo
na pewno. Kto? Komu? - "słowo-to-logia" ("słowotologia"?) wracała bocznymi drzwiami,
ale tylko w domowym zaciszu, podejrzeniami nieustannymi niszcząc mir
domowy wielu? niewielu? kto by ich tam rozeznał, tych Wy-marzęcinian
utopistych.
Amytykós złośliwy powiedziałby niechybnie na tę okoliczność,
ciągle nowych początków wszystkiego od niczego, że chcą spaść
jak zgniłe ulęgałki ze spróchniałego drzewa, ale tego też nikt
nie mógł potwierdzić, nie było na to dokumentów.
On za to mówił sam - głośno i wobec każdego - że stokroć bardziej wolałby
odgrzebywać mowę przodków o słowie, które nie zabija, ale daje
życie. Podobno są takie, ale kto by tam wierzył siewcy nienawiści.
Niecnota milczenia mieszkańców i władzy ustawowej, wynosiła się
prawie pod przelotne chmury, bo nie pod niebiosa, gdzie mieszkał
inny od wszystkiego, co było im znane, Jeden, nad cnotę mówienia
prawdy. Tę inność krainy Wy-Marzenowa Utopistego dostrzegli wreszcie
inni, zza ich granic i zaczęli, tu i ówdzie, mówić o groźnym
wirusie deprawacji publicznej, odwracania znaczeń, fałszywych nowych
początków, fałszowania historii i sumień. Wirus innej e-boli?
Zaczęły dochodzić głosy, że świat, który chce od nas się
uczyć i nas podziwia, nie jest w stanie zrozumieć, nie mitycznego
cara, bo nikt o nim w świecie nie słyszał, ale jego wiernych
poddanych, nawet pośmiertnie, którzy depczą nawet światło na
drodze. Niektórzy poznali smutną prawdę, że światło można
zmieszać z cieniem, i że dużo jest bagien 'realnych' – w ich
czasach niektórzy drobiazgowo dbali o rozróżnienie od
'wirtualnych' - w Wy-Marzenowie Utopistym.
Głosy z zewnątrz zwróciły uwagę Rerónia na bagno bagien, na
ontologiję. Głos tego bagna mu – tylko?! - powiedział, bójcie
się Boga ludzie, co robicie! wy możecie się wyklinać, osądzać,
wykluczać, nikt was nie zrozumie, ale wasze dzieci nie zrozumieją
świata, w którym żyją, a świat ich. Żaden ojciec, ani matka nie
podają kamienia, gdy dzieci czekają na chleb. Chlebem jest prawda.
Czy wiecie, że na jednym z grobów na miejscowym cmentarzu jest
kamień z napisem „skoro wy nie chcecie, ja wołać będę dzieje
Ojczyzny, a w niej Wy-Marzenowo Utopiste, tworzone przez każdego jej
syna i każdą córkę od setek lat ! Krzyczę każdą literą prawdę
o życiu i śmierci, o zapomnianej i zapoznanej osobie człowieka
stworzonego na obraz i podobieństwo Najwyższego, nie cara, wołam z
głębi samego siebie i z całej głębi tego tysiąclecia 'pamięć
i tożsamość', innej nie znajdziecie”. Reroń go widział. Nawet
on wrócił z cmentarza wstrząśnięty.
PS.1
Post scriptum albo
nota bene, Kanada mnie najbardziej podtrzymała
wczoraj w bycie, Dominique, która studiowała
Beaux-arts w
Montrealu.
PS.2
Facebook na różne sposoby pomaga nam w życiu i w dobrym
wychowaniu. Przypomina o urodzinach (także posła RP) i podpowiada
„napisz coś na powitanie każdej nowej osoby w grupie
„Rok Wiary(i Rozumu) w Strachówce”. Na razie się nie przepracowałem, ale za to wysłałem słowo i obrazek życzeń dla solenizantki Uli, na skutek posta jej brata - księdza :)