Posty (moje) nie rodzą się u annopolskiego autora. Życie je rodzi, a autor (z małej) spisuje.
Wczorajsze rozmowy z Powstańcami w studiu TVN 24 zrodziły dzisiajszy. W 74 Rocznicę Kapitulacji. Niektórzy ciągle powtarzają, że ZWYCIĘSTWA. Jak to jest, raz na zawsze nie da się powiedzieć. Są co najmniej dwie strony opowieści, oni i my. I trzecia - historia, jakby niema i jakby żywa zawsze.
Dlaczego snuję te rozważania w Annopolu, w gminie Strachówka, na Ziemi Norwida i Cudu nad Wisłą.
Mam ważne powody. Osobisto-rodzinne. Gdyby nie osobiste losy, może bym nie potrafił (z)rozumieć rodzinnych? A z pewnością trudno by mi było śiegnąć głębi świadomosci i tożsamości narodowej i kościelnej (Kościoła Powszechnego, od 2 tysięcy lat).
Najpierw sens i bezsens życia osób przedstawię. Potem spróbuję się tłumaczyć.
***
PRZEŻYĆ SENS...
... LUB BEZSENS
/i jedno i drugie znamy/
poczyniłem spostrzeżenie
to samo jest we mnie i trwa
a co znaczy że samo jest z siebie
większa (samo)świadomość zna
ma taką moc
ponadludzką się mówi od zawsze
a jakież to spostrzeżenia
poczyniłeś Józefie K
że wczoraj w telewizorze to było
z Warszawskimi Powstańcami 44
z powodu rocznicy kapitulacji
Bór-Komorowski uznał że dalej nie ma sensu
oni jeszcze żyją choć coraz mniej
i zawsze opowiadają o tym samym
jakby byli żywym powstaniem do dzisiaj
w jedności z poległymi koleżankami kolegami
nie bierze się ich do studia
po coś innego
jakieś coś gdzieś kiedyś
ale po jedno i to samo
ja to wiem znam rozumiem przeżywam
to samo mam z Solidarnością z 3 Maja 1981
jakbym potem żył już tylko i głównie
aby dawać świadectwo
ale jest jeszcze jedno kojarzenie
bezsensu jaki chciał nas zakryć
w historii gminy i parafii
rozpisanej już nawet na rozdziały
pierwszy rozdział za wójta Łapki
zwany wójtokracją
chciał rozbić zniszczyć szkołę
ale się mu nie udało
kiedy znajomi przyjaciele przyjeżdżali
a w końcu z oporami zaniechali
bo z wami nie da się mówić o czym innym
jakbyście byli zafiksowani
a dzisiaj rozdział drugi
inni i ci sami ludzie nawet i nauczycielka
i nowy od lat sześciu ksiądz aż proboszcz
wynieśli Wota za Polskość z kościoła
(środa, 3 października 2018, g. 10.30)
TUTAJ - Zjednoczeni w Duchu
Takie teksty - przeżycie sensu objawione - nie rodzą się z potrzeb polemicznych. Tym bardziej politycznych. Są z ducha, wywikłanego z mózgu tkanin, drogą-prawdą-życiem. Czasem wręcz... paradoksalnie, ponad nasze ludzkie talenty, możliwości... Jest, bo było.
To jakby
pieśń od ziemi naszej. A ziemia nasza, to co? Bo to jest moja Matka, ta ziemia, mówił papież w Kielcach 1991, bo to jest moja Matka, ta Ojczyzna. Różnie można mówić. Prawdę można kontemplować na skrzydłach wiary i rozumu (z całym wyposażeniem osobowym człowieka).
Ja jestem Drogą i Prawdą i Życiem, powiedział Ten, od którego wziąłem trój-miarę sensu ludzkiego, czyli osobowego, losu. Inne miary nie sięgaja nieba zrozumienia i bycia współ-świątynią.
WCZORAJSZE rozmowy z Powstańcami, okolicznosciowe, kazały mi sięgnąć do rodzinnych wspomnień. Bardziej zakończenie, niż początek w Annopolu teraz przeżywam. W opisie Jadwigi Kapaon (1914), siostry mojego Ojca (1912), jest to, co działo się zaraz po kapitulacji.
"Po upadku Powstania Warszawskiego, jednym z punktów kapitulacji podpisanej przez wojskowe władze polskie Armii Krajowej, było bezwarunkowe opuszczenie Warszawy przez wszystkich mieszkańców- Polaków, bez wyjątku. Ewakuacja ta jednak nie mogła odbywać się na własną rękę, lecz była zorganizowana przez władze niemieckie.
Punktem zbornym był Pruszków pod Warszawą...
Powyższe zarządzenie było wprost okrutne. Zostawić cały dobytek, który ocalał po tak strasznych działaniach wojennych (wielu osobom pozostały mieszkania nie zniszczone, względnie częściowo uszkodzone) i wyjść tylko z ręcznym bagażem (ile kto zdołał uradzić) na tułaczkę do obcych ludzi, lub do obozu niemieckiego, było b. przykre zwłaszcza dla ludzi starszych...
Transporty do Pruszkowa odchodziły z Dworca Zachodniego, do którego trzeba było dojść pieszo. Na trasie marszu poustawiane były krzesła dla odpoczynku. Po drodze Niemcy rozdawali chleb i czarną kawę.
Opuściliśmy nasze mieszkanie przy ul. Śniadeckich 4 w dniu 6 października o godz. 14-ej i podobnie jak tysiące innych mieszkańców, ruszyliśmy w kierunku Dworca Zachodniego. Szliśmy trasą Śniadeckich, 6 Sierpnia, Al. Niepodległości, Wawelską, Kopińską. Ta stosunkowo krótka droga, wobec ciężkich walizek i paczek, w których każdy pomieścił najniezbędniejsze i najcenniejsze rzeczy z całego swego mienia, była dla ludzi b. uciążliwa, tak, że niektórzy rzucali nawet po drodze część bagażu, gdyż siły odmawiały posłuszeństwa.
Wyszliśmy w 5-kę; Mamusia, Ojciec, Lolek, Janek i ja, lecz na postoju przy ul. 6 Sierpnia, przy szpitalu im. Piłsudskiego, na którym dawano kawę i chleb, zgubiliśmy się z Ojcem.
Idąc powoli ( bagaż wieźliśmy na połamanym dziecięcym wózku spacerowym) oglądaliśmy zniszczenia miasta. Większość budynków była spalona, gdzieniegdzie pozostał tylko jakiś dom cały, lub częściowo uszkodzony. Od czasu do czasu odzywały się strzały artylerii.
O godz. 21-ej dotarliśmy do Dworca Zachodniego, gdzie w oczekiwaniu na pociąg do Pruszkowa przesiedzieliśmy cała noc w poczekalni...
W Pruszkowie skierowano nasz transport do Pawilonu przejściowego Nr.5. Po drodze Niemcy i komitety polskie rozdawały wszystkim chleb i cebulę.
Przez obóz w Pruszkowie, jako przez punkt rozdzielczy, musieli przejść prawie wszyscy mieszkańcy Warszawy, niektórym jednak szczęśliwcom udało się go ominąć i uciec bezpiecznie przez pola.
Do obozu napływały coraz nowe fale ludzi, ale Ojca odnaleźć nie mogliśmy.
Z daleka widać było „segregacje” ofiar hitlerowskiego barbarzyństwa. Młodych oddzielano na 1 stronę, zaś starszych, chorych i kobiety z małymi dziećmi- na drugą. Dochodziły nas bolesne krzyki rozpaczy rozłączanych rodzin, odpędzaliśmy je od siebie...
Poleciliśmy się opiece Najświętszej Marii Panny Różańcowej, bo wszak był to 7 październik - dzień Jej święta. Pożegnaliśmy się wszyscy ze sobą (na wszelki wypadek) i ruszyliśmy do krytycznego punktu (godz. 18-ta).
Trzymając mamusię pod rękę, szłam zgarbiona, chłopcy za nami. Niemiec pełniący swą powinność rozkazał nam trojgu iść na lewo , Mamusi zaś prosto. Nic nie pomogły żadne tłumaczenia, że Mamusia jest chora, Niemiec powtarzał swój nieubłagany rozkaz.
Automatycznie poszłam za Jankiem w lewą stronę, oglądając się co chwila za Mamusią. Przez łzy widziałam jak nie mogła podołać pchać wózka z bagażami i widziałam Jej zbolałą, zmizerowaną twarz i przesmutne oczy, które utkwiły mi na zawsze w pamięci.
A więc stało się! Widocznie tak musiało się stać!" (całość jest w książce,
O miłości do Annopola, Strachówki, Polski i Kościołą).
Sanktuarium Matki Boże Annopolskiej i Rzeczpospolita Norwidowska są Muzeum Świadomości i Tożsamości Narodowej. Koniec. Kropka.
PS.
Zdjęcie tytułowe stąd.