Zbieram na nowo i na staro, co nie koniecznie było się rozsypało, ale na pewno wymaga stałego odkurzania. Obserwuję, słucham, namyślam się, piszę.
Notatki zacząłem robić w kościele. Dziwię się, gdy ktoś się temu dziwi. "Gdy Pan Bóg mówi, nie gardź Jego słowem". Gdzieżbym mógł gardzić. Zapisuję. Ot, co. Gdzież bardziej, niż w kościele?
Rekolekcje są m.in. po to. W pokoju nauczycielskim rozgorzała dyskusja, co do metody księdza pallotyna, Mirosława. Rekolekcje szkolne nie powinny się obyć bez takich dyskusji. Wszak metodologia jest jednym z kluczy udanej pedagogiki. Spór szedł o to, czy ksiądz zastosował odpowiednia metodę. Jedni uważają, że jego skróty myślowe mogą być trudne do odcyfrowania przez uczniów. Ja myślę, że chciał sprawę obrysować wyraźnym konturem i zostawić nas (bez względu na wiek) z problemem. "Spytajcie rodziców, czy chcieliby znów być dziećmi?" Ja, nie i pewnie większość - nie, ale najciekawsze byłyby uzasadnienia. W tę stronę szły moje zapiski.
Dobrze, gdyby rekolekcje szkolne miały stały punkt - "spotkania i rozmowy w szkole". Gdybyż z księżmi - rekolekcjonistą, proboszczem i spowiednikami. Gdybyż religia wyszła z kościoła, zakrystii i plebanii.
Tak sobie myślę, że Jezus po mszy szedłby z uczniami (ludźmi) do szkoły, odprowadziłby ich do miejsca, gdzie żyją, pracują, mieszkają, uczą się. Współczesny ksiądz idzie na plebanię.
Jezus nie wyróżniałby się się szatą, ale osobowością. W instytucjonalnym kościele jest inaczej. Stroje nawiązują do historii, osobowość i zachowania - nie.
Wróciłem do domu bardzo zadowolony. Nawet szczęśliwy. Bo:
- rekolekcje dały skupienie, którego nie zgubiłem w klasach (tylko 1 i 3), o co bardzo łatwo przecież
- to, że wypełniam swój obowiązek szkolny to bardziej cud, niż moja praca. Skoro wstałem z łóżka, dojechałem, dach się nie zawalił, uczniowie przyszli... Widać, inaczej się nie dało. To nie moja zasługa. Chyba, ani razu w życiu.
Przeżyłem. Oczywiście, kiedy już jestem w klasie, to mogę sobie dać lub nie dać rady, ale nigdy nie skłamię. Ani słowem. Za każde mógłbym oddać życie, gdyby zażądano. Katecheza, to jest gra na śmierć i życie.
Dzisiaj się udało jeszcze raz. Już w kościele miałem notatki! Cóż jeszcze trzeba, żeby poczuć się szczęśliwym. No i wróciłem do domu, miejsca, w którym najmilej spocząć i umrzeć, jeśli całe życie - mniej więcej - się na to pracowało. To znaczy m.in. "zbudować dom" - miejsce, w którym miło będzie umierać. To nie musi być budowla, punkt na mapie lub planie. To raczej jest stan świadomości, pełen dobra i sensu. Spełnienia. Wykonało się.
Reszta, m.in. z kartek, zapisana Parkerem, jutro.