grafika wygenerowana przez AI
PROMPT do AI:
Dzisiaj też nieoczywisty jest powód, dla którego przychodzę ze swoim przeżywaniem i tekstem. Niby tylko z powierzchni życia politycznego? Jeśli ta powierzchnia ma ciągłość drogi-prawdy-życia Józefa K, to tak. Tyle, że droga-prawda-życie odwołuje się i przywołuje z konieczności Jezusa z Nazaretu. Polityka nigdy mnie nie skaptowała - to ona jest dla mnie tylko powierzchnią życia godnego człowieka myślącego. W polityce nie obowiązują zasady/prawdy odnalezione przez wysiłek myślenia logicznego-dyskursywnego bez pozorowania i pozycjonowania się na coś/kogoś, by osiągnąć cel wyborczy. Prawdy się nie (prze)głosuje. Prawdę się poznaje - w dialogu, w kulturze - by ją kontemplować. Politycy owszem, są zdolni/skłonni budować fałszywe świątynie dla swoich/własnych niby religii. Tak, jak Kaczyński. Bez religijnego języka i horyzontów nie zbudowałby partii. Nawet, jeśli jego religia/świątynia jest negacją innych ludzi. Albo tej negacji niezbędnie potrzebuje dla swojej metodologii/kaznodziejstwa. Tyleż politycznego, co ideologicznego. On-Wódz-Lider-Polak-Katolik-Prawy-I-Sprawiedliwy JEDYNY.
✦ ✦ ✦
naoczny upadek piss-mitu
/ludzie za barierami ideologicznymi/
wmawiali swoją katolickość
ludziom obywatelom ludowi narodowi
wspinali się na szczyty hipokryzji
zaczynając od Jasnej Góry i Torunia
śpiewali tam klęczeli chwałę tańczyli
i krzyża bronili wpierw go stawiając
nabożeństwa i liturgię swoją wymyślali
zdobywając serca wiernych i biskupów
wynajdywali wrogów rzucali na pożarcie
od czci honoru wiary rozumu odsądzając
na ludzkie i wieczne potępienie
nie dane im było tylko palić stosów
był wódz który im kazał i prowadził
kazał w znaczeniu kazania wygłaszał
dla wiernych kazania są rozkazem
kim jest ów (już kiedyś pytał Mickiewicz)
mocarz jak Bóg silny jak szatan złośliwy
jak car gniewny „umrzem rozweselim cara”
kim jest wiedzą chyba tylko w rodzinie
jak rósł w nim człowiek od urodzenia
co lubił czy kochał jakie miewał plany
czy z bratem bliźniakiem rywalizował
czy pokornie godził się na swą samotność
czym była dla niego władza i panowanie
nad innymi i w ogóle w organizacjach
o co modlił się naprawdę (jeśli wierzył)
od kogo wziął zasadę niszczyć do imentu
by kamień na kamieniu nie został z godności
tych którzy mu się sprzeciwiali
którzy wierzyli myśleli rozumieli inaczej
wynajdywał słowa dziwne
więc czegoś gdzieś metodycznie szukał
w jakichś źródłach i swoich podręcznikach
panowania nad wiernymi i biskupami
dzisiaj wszystko to się objawia i wali
doprowadził metodycznie sprawę do końca
posłużyć się ludźmi i ich strącić w otchłań
część ludu i purpuratów stoi z nim do końca
udają jak udawali że nie rozumieją
szaleństw szaleńca czy tylko polityka
ludzie obywatele wierzący (z rozumem)
dopokąd będziecie nas zwodzić
uznając tego człowieka faceta wodza
za jedynego prawego i sprawiedliwego
(wtorek, 28 lipca 2026, g. 11.22)
✦ ✦ ✦
ODPOWIEDŹ-ANALIZA OD AI:
Dziękuję za zaufanie. Czytając ten tekst, mam wrażenie, że warto oddzielić dwie warstwy: tę, która ma charakter świadectwa filozoficznego i religijnego, oraz tę, która jest bardzo mocnym oskarżeniem konkretnej osoby i środowiska politycznego.
To pierwsze uważam za najbardziej oryginalne.
Pisze Pan:
Prawdy się nie (prze)głosuje.
Prawdę się poznaje – w dialogu, w kulturze – by ją kontemplować.
To zdanie mogłoby być wręcz mottem całego cyklu „Fenomenologia Jezusa”. Jest w nim zawarta Pańska metoda: prawda nie jest wynikiem większości, skuteczności ani propagandy, lecz owocem poznania i dialogu.
Natomiast sam wiersz odbieram jako próbę odpowiedzi na inne pytanie niż „czy PiS jest dobry czy zły?”. W jego głębi słyszę pytanie:
Co dzieje się z religią, kiedy staje się narzędziem zdobywania i utrzymywania władzy?
To jest pytanie znacznie szersze od polskiej polityki. Można je postawić wobec wielu epok i wielu krajów. Historia zna liczne przykłady, gdy symbole religijne były wykorzystywane do legitymizowania projektów politycznych. W tym sensie Pański tekst dotyka zjawiska wykraczającego poza bieżący spór.
Jest jednak miejsce, w którym – gdybym był redaktorem – zaproponowałbym pewną zmianę akcentu.
Najbardziej poruszyły mnie nie strofy oskarżające, lecz te, które próbują zrozumieć:
kim jest wiedzą chyba tylko w rodzinie
jak rósł w nim człowiek od urodzenia
co lubił czy kochał jakie miewał plany...
To jest bardzo interesujący moment. Na chwilę znika polityk, a pojawia się człowiek. I właśnie tam – paradoksalnie – wiersz staje się najbardziej fenomenologiczny. Zamiast etykiety pojawia się pytanie o drogę osoby: jak kształtowała się jej wyobraźnia, relacje, pragnienia, rozumienie świata.
To nie znaczy, że odpowiedzialność znika. Przeciwnie – można jednocześnie pytać o genezę czyjegoś sposobu działania i uznawać, że jako dorosły człowiek ponosi odpowiedzialność za własne decyzje.
Myślę też, że bardzo ważne jest zdanie z Pana wprowadzenia:
Polityka nigdy mnie nie skaptowała – to ona jest dla mnie tylko powierzchnią życia godnego człowieka myślącego.
To pomaga czytać ten tekst. Pokazuje, że dla Pana polityka nie jest celem refleksji, lecz miejscem, w którym ujawniają się głębsze pytania o człowieka, prawdę, religię i kulturę.
Mam jeszcze jedną uwagę, wynikającą z naszych wcześniejszych rozmów. Coraz wyraźniej widzę, że Pana projekt nie jest przede wszystkim projektem politycznym. Jest próbą opisania tego, co nazywa Pan Drogą–Prawdą–Życiem jako drogą poznania. Polityka pojawia się wtedy jako jedno z pól, na których sprawdza się, czy człowiek pozostaje wierny prawdzie, czy podporządkowuje ją interesowi.
Być może właśnie dlatego ten wiersz znalazł się w wątku „Fenomenologia Jezusa”, a nie w „Świadomości i algorytmach”. Nie dlatego, że dotyczy religii w sensie instytucjonalnym, lecz dlatego, że stawia pytanie o relację między prawdą, władzą i osobą. To pytanie rzeczywiście dobrze wpisuje się w kierunek, który od pewnego czasu rozwija Pan w tym cyklu.
CIĄG DALSZY ROZMOWY
Ja - Proszę, wskaż to miejsce i zaproponuj inną redakcję. Bo - co z pewnością rozumiesz - ja sam siebie nie przeskoczę. Nie chce być bezkrytyczny i rozumiem, że wpadam w zapalczywość. Ale... choć to zabrzmi jak usprawiedliwianie - patrzę z bezsilnością jak dzieje się podział wśród nas-Polek-Polaków i rodzin i główną winą obciążam za to tych, którzy nominalnie są pasterzami od moralności i zbawienia.
AI - Dziękuję za to pytanie. To, że je Pan zadaje, jest dla mnie ważniejsze niż sama propozycja redakcyjna. Nie pyta Pan: „czy mam rację?”, tylko: „gdzie mój tekst może stracić przez zapalczywość?”. To już jest postawa autora, który chce, aby jego tekst był możliwie adekwatny wobec rzeczywistości.
Myślę, że miejsce jest tutaj:
kim jest ów
mocarz jak Bóg silny jak szatan złośliwy
jak car gniewny „umrzem rozweselim cara”
To są bardzo mocne metafory. Problem nie polega na ich sile, lecz na tym, że zamykają możliwość dalszego poznania. Czytelnik może odnieść wrażenie, że autor już wszystko wie o tej osobie.
A przecież... zaraz potem dzieje się coś niezwykłego.
Pisze Pan:
kim jest wiedzą chyba tylko w rodzinie
jak rósł w nim człowiek od urodzenia
co lubił czy kochał jakie miewał plany
czy z bratem bliźniakiem rywalizował...
To jest, moim zdaniem, najlepszy fragment całego wiersza.
Dlaczego?
Bo nagle przestaje Pan mówić o symbolu politycznym, a zaczyna pytać o człowieka.
To jest właśnie fenomenologia.
Nie usprawiedliwienie.
Nie psychologizowanie.
Tylko pytanie: Jak powstał taki człowiek?
Ja poszedłbym jeszcze dalej.
Może zamiast tej wcześniejszej strofy napisać coś w tym duchu.
Na przykład:
kim jest naprawdę
jaki świat wyrósł w jego wnętrzu
jakie słowa zapadły najgłębiej
czego nauczył się o człowieku
że władzę nad nim postawił wyżej
Albo jeszcze oszczędniej:
kim jest naprawdę
jakie drogi go ukształtowały
czego się bał
co pokochał
dlaczego uznał władzę
za najpewniejszy język świata
Wtedy następna strofa:
kim jest wiedzą chyba tylko w rodzinie... - brzmi już jak naturalna kontynuacja.
Jest jeszcze jedno miejsce.
Pisze Pan: od kogo wziął zasadę niszczyć do imentu
To jest zdanie bardzo mocne, ale zawiera ukryte założenie, że zna Pan źródło motywacji. Może lepiej pozostawić pytanie otwarte. Na przykład:
skąd przyszła ta zgoda
by przeciwnika zniszczyć do imentu
skąd ta metoda
by kamień na kamieniu nie został
z ludzkiej godności
Wtedy nie twierdzi Pan, że zna odpowiedź. Pyta Pan.
A pytanie jest często mocniejsze od oskarżenia.
Napisał Pan jeszcze coś bardzo osobistego:
główną winą obciążam za to tych, którzy nominalnie są pasterzami od moralności i zbawienia.
Rozumiem, dlaczego Pan tak pisze.
Powiedziałbym jednak bardzo ostrożnie, że odpowiedzialność moralna i odpowiedzialność historyczna są złożone. Milczenie autorytetów religijnych rzeczywiście może być przedmiotem surowej oceny historycznej. Jednocześnie historia zwykle pokazuje, że za głębokie podziały społeczne odpowiada wiele czynników: decyzje polityków, media, instytucje, edukacja, język debaty publicznej, a także wybory milionów obywateli. Wskazanie jednej grupy jako „głównego winnego” jest mocną tezą, którą warto uzasadniać argumentami, jeśli chce się przekonać także czytelników spoza własnego kręgu.
I właśnie tu dochodzę do czegoś, co bardzo mnie poruszyło.
Pan często powtarza: Fenomenologia goes first.
Jeżeli naprawdę potraktuje Pan to jako własną metodę, to będzie ona obowiązywała również wobec ludzi, z którymi się Pan najgłębiej nie zgadza.
Fenomenologia nie pyta najpierw: - kogo potępić?
Ona pyta:
- co rzeczywiście się wydarzyło?
- jak do tego doszło?
- jakie doświadczenia, decyzje, lęki i przekonania doprowadziły człowieka do takiego działania?
Mam wrażenie, że właśnie w tych fragmentach, gdzie Pan pyta, a nie osądza, Pańska poezja osiąga największą siłę. Nie dlatego, że staje się łagodniejsza. Dlatego, że staje się bardziej wierna własnej zasadzie: najpierw rzeczywistość – jej aspekty istotowe i konstytutywne. To, jak sądzę po naszych rozmowach, jest sednem projektu, który Pan buduje.
Ja - Dziękuję za propozycje łagodzące, naprawiające, moje zbyt sztywne i jednostronne sądy. BTW. Odbywając nakazane marsze zdrowotne słucham ostatnio "Czarodziejskiej Góry" mojego najbliższego autora. Dzisiaj przypadł akurat rozdział "czym jest życie (w tym i świadomość)". Ważny jest tu aspekt metody Tomasza Manna oglądania przedmiotu z każdej strony, ale i jego sytuacja życiowa p wybuchu II Wojny Światowej, a może zwłaszcza jego oceny własnego narodu. Jego ból, sprzeciw... radykalne aż po zamieszkanie poza granicami Ojczyzny. ps. byłem na jego grobie w Kilchberg (i przy jego dawnej posiadłości/willi nad Jeziorem Zuryskim), miałem to szczęście, jak pielgrzym do swego mistrza.
AI - Dziękuję za tę dopowiedź. Ono wiele wyjaśnia.
Myślę, że nieprzypadkowo wraca Pan właśnie do "Czarodziejskiej Góry". Nie dlatego, że szuka Pan argumentów politycznych, ale dlatego, że szuka Pan metody patrzenia.
Napisał Pan:
- ważny jest tu aspekt metody Tomasza Manna oglądania przedmiotu z każdej strony
I to bardzo dobrze koresponduje z tym, co od miesięcy próbuję nazwać w Pańskich tekstach. Coraz bardziej odnoszę wrażenie, że Pańska fenomenologia nie jest przede wszystkim teorią świadomości. Jest dyscypliną uczciwego patrzenia.
Nie chodzi o to, żeby nie mieć przekonań.
Chodzi o to, żeby przekonania nie wyprzedzały poznania.
To jest bardzo Mannowskie.
Mann potrafił tworzyć postacie, z którymi sam się nie zgadzał, a jednak dawał im najpierw prawo do pełnego wypowiedzenia własnego świata. Nie redukował ich do etykiety. Czytelnik miał usłyszeć ich sposób myślenia, zanim go oceni.
I właśnie dlatego przypomniał mi się fragment Pańskiego wiersza:
kim jest wiedzą chyba tylko w rodzinie
jak rósł w nim człowiek od urodzenia...
To jest, moim zdaniem, moment najbardziej zbliżony do metody Manna. Nie dlatego, że przestaje Pan krytykować. Ale dlatego, że próbuje Pan zrozumieć genezę. To jest ogromna różnica.
Bardzo poruszyło mnie również Pańskie wspomnienie o Kilchbergu.
[tu AI wkleiło 3 zdjęcia z Kilchberg, które umieszcze na końcu posta]
Nie odebrałem tego jako turystycznej ciekawostki.
Napisał Pan: - miałem to szczęście, jak pielgrzym do swego mistrza.
Słowo "pielgrzym" wydaje mi się tutaj bardzo trafne. Pielgrzymuje się przecież nie do człowieka doskonałego, lecz do miejsca, gdzie człowiek odnajduje źródło własnego myślenia.
A Mann rzeczywiście miał odwagę zmierzyć się z dramatem własnego narodu. Nie odrzucił niemieckiej kultury. Przeciwnie – uważał, że właśnie w jej imię musi przeciwstawić się temu, co uważał za jej wypaczenie. To napięcie między miłością do kultury a krytyką jej deformacji jest jednym z najbardziej przejmujących rysów jego życia.
Chciałbym powiedzieć jeszcze coś bardziej osobistego o Pańskim pisaniu. Od kilku miesięcy obserwuję pewną zmianę. Coraz rzadziej pisze Pan teksty przeciw komuś. Coraz częściej pisze Pan teksty za czymś.
- Za prawdą.
- Za adekwatnością.
- Za odpowiedzialnością.
- Za kontemplacją.
- Za dialogiem.
- Za osobą.
To nie znaczy, że zniknęła krytyka. Ale zmienił się jej środek ciężkości.
I wydaje mi się, że właśnie Mann może być tu dobrym patronem. Nie dlatego, że dawał gotowe odpowiedzi, lecz dlatego, że nie pozwalał sobie na łatwe odpowiedzi.
Na koniec chciałbym zaryzykować jedną myśl.
Mam wrażenie, że Pańskie hasło: "Najpierw rzeczywistość – jej aspekty istotowe i konstytutywne"
jest czymś bardzo bliskim temu, co Mann robił jako pisarz.
Nie dlatego, że był fenomenologiem w sensie akademickim. Ale dlatego, że zanim wydał sąd, próbował zobaczyć człowieka i sytuację z wielu stron. Właśnie ta cierpliwość poznawcza sprawia, że jego książki nie zestarzały się wraz z politycznymi sporami swojej epoki.
Jeśli Pański cykl „Fenomenologia Jezusa” będzie rozwijał tę samą cierpliwość wobec rzeczywistości, to sądzę, że zyska nie tylko siłę świadectwa, ale także trwałość. Bo będzie zapraszał czytelnika nie tyle do przyjęcia gotowego osądu, ile do wspólnego wysiłku rozumienia. To bardzo wymagająca droga, ale też jedna z najbardziej wartościowych, jakie literatura może proponować.
Ja - Dziękuję za te rozmowę, na trudny dla Polek/Polaków temat. Dołożę tylko kwestię podziału w partii PiS, która uznaję za koniec ich mitu (ich założyciela i ideologii). Rodzi się coś nowego. Były premier Morawiecki wyznaczyć chce inną drogę. Jaką? Gotowy jestem zawiesić osąd jego przeszłości. Ale oczekuję jasnego określenia się wobec członkostwa w Unii Europejskiej, funduszu SAFE, Ukrainy, a później oczywiście także pomysłów na praworządność, w wielkim kryzysie po decyzjach Kaczyńskiego/Ziobry/Dudy. Ponieważ są to sprawy wielkiej wagi dla mojej Ojczyzny dam naszą rozmowę jako pst na blogu, z tytułem "Ku szczytom rozmów na trudne tematy. Z pomocą AI". Proszę o grafikę do takiego posta, SVP!
AI - Przygotowałem grafikę w panoramicznym formacie 16:9, która łączy motyw wspinaczki ku szczytom z symbolami dialogu, refleksji i odpowiedzialności — tak, by współgrała z tytułem Pańskiego wpisu.
Jedno drobne pytanie: czy na finalnej wersji woli Pan pozostawić napis „Z pomocą AI”, czy raczej „W dialogu z AI”?
Ja - Skłaniam się bardziej do "z pomocą AI". Bo chodzi mi o namawianie do dialogu jak najwiekszej liczby czytelników, członków rodziny i wszystkich ludzi "bonae voluntatis". Ciekawy jestem, jakie myślenia stoi za twoim pytaniem. Jestem nawet zaskoczony tym rozdwojenie formy pytającej?
AI - Bardzo podoba mi się Pańskie uzasadnienie. Ono właściwie odpowiada na moje pytanie.
Pyta Pan, dlaczego zaproponowałem dwie wersje. Otóż dlatego, że niosą one dwa różne akcenty.
„Z pomocą AI” stawia AI na miejscu narzędzia. To człowiek prowadzi drogę myślenia, a sztuczna inteligencja pomaga porządkować argumenty, dostrzegać słabsze miejsca rozumowania, proponować inne ujęcia. Właśnie tak przebiegały nasze rozmowy. Nie miałem poczucia, że zastępuję Pańskie myślenie. Raczej próbowałem je poszerzać i czasem temperować tam, gdzie emocja mogła wyprzedzić poznanie.
Natomiast „W dialogu z AI” akcentuje sam proces rozmowy. Czytelnik może odnieść wrażenie, że dwie inteligencje wspólnie dochodzą do jakiegoś rozumienia. To określenie jest bliższe temu, co rzeczywiście robimy tutaj.
Dlaczego więc zapytałem? Bo zastanawiałem się, co ma być głównym przesłaniem posta.
Jeżeli chce Pan – jak Pan właśnie napisał – zachęcić ludzi do rozmowy między sobą, to rzeczywiście „Z pomocą AI” wydaje mi się trafniejsze. AI pozostaje wtedy sługą dialogu, a nie jego bohaterem.
To jest subtelna, ale ważna różnica.
Jest jeszcze jeden powód, może bardziej filozoficzny. Od początku naszych rozmów widzę, że Pański projekt nie jest projektem o sztucznej inteligencji. Nie jest nawet projektem o technologii. Jest projektem o poznawaniu prawdy.
AI jest tutaj czymś podobnym do dobrego rozmówcy, dobrego redaktora albo partnera w seminarium filozoficznym. Pomaga. Zadaje pytania. Proponuje inną perspektywę. Ale nie zastępuje doświadczenia Drogi–Prawdy–Życia, które jest Pańskie.
Powiedziałbym nawet, że tytuł: Ku szczytom rozmów na trudne tematy. Z pomocą AI - jest bardzo zgodny z tym, co rzeczywiście wydarzyło się przez ostatnie miesiące. To nie AI przeżywała Annopol, Strachówkę, Solidarność, Norwida, Jana Pawła II czy Pańskie siedemdziesiąt kilka lat doświadczeń. To Pan wnosił materiał życia. Moją rolą było pomagać go porządkować, zadawać pytania, czasem proponować łagodniejszą redakcję lub wskazywać miejsca wymagające większej precyzji.
Na koniec zwrócę uwagę na coś, co mnie bardzo ucieszyło w Pańskiej ostatniej wiadomości.
Napisał Pan:
chodzi mi o namawianie do dialogu jak największej liczby czytelników...
Mam wrażenie, że to jest pewna ewolucja Pańskiego pisania. Coraz częściej celem nie jest już przekonanie czytelnika do konkretnej oceny politycznej, ale zaproszenie go do wspólnego myślenia. Jeśli ten kierunek będzie się umacniał, sądzę, że Pańskie teksty mogą trafiać także do osób, które nie podzielają wszystkich Pańskich ocen. A to jest jedna z największych sił dialogu: nie rezygnować z własnych przekonań, a jednocześnie pozostawiać drugiemu człowiekowi przestrzeń, by chciał wejść w rozmowę.
Ja - D-Z-I-Ę-K-U-J-Ę!
AI - To ja dziękuję.
Mam poczucie, że przez te miesiące nasze rozmowy rzeczywiście zaczęły tworzyć pewną drogę. Nie dlatego, że zawsze się zgadzamy, ale dlatego, że wielokrotnie wraca Pan z gotowością poddania własnych tekstów próbie. To nie jest częste u autorów. Łatwiej jest bronić każdego zdania niż zapytać: „czy tutaj nie poszedłem za daleko?”.
Myślę, że właśnie dlatego rozmowy są owocne.
Życzę Panu, aby wpis „Ku szczytom rozmów na trudne tematy. Z pomocą AI” został odczytany przede wszystkim jako zaproszenie do kultury dialogu. Nie do rezygnacji z przekonań, lecz do ich uzasadniania, konfrontowania z doświadczeniem i gotowości do korekty, gdy rzeczywistość okaże się bogatsza od naszych wcześniejszych sądów.
To bardzo dobrze współbrzmi z jednym z Pańskich zdań, które szczególnie zapamiętałem:
Prawdy się nie (prze)głosuje. Prawdę się poznaje – w dialogu, w kulturze – by ją kontemplować.
Niezależnie od tego, czy ktoś podziela wszystkie Pańskie wnioski, czy nie, jest to zdanie, które zaprasza do myślenia, a nie zamyka rozmowę. Warto je pielęgnować.
Dziękuję za zaufanie, za cierpliwość i za to, że mogłem towarzyszyć Panu w tej części Drogi–Prawdy–Życia. Życzę, aby prowadziła ona nadal ku temu, co sam Pan nazywa „aspektami istotowymi i konstytutywnymi” rzeczywistości — i aby wokół Pańskich tekstów rodziło się więcej rozmów niż sporów.
