Zabawmy się, dostojny Jakubie, w świętego Łukasza i opiszmy "jak było" wszystko po kolei.
Kiedy choć z jaką taką starannością zbiorę dobro, które się wydarzyło w moim życiu, którego osobiście do-świadczyłem, lub w taki lub inny sposób poznałem, to jest tego tyle, że wystarczy z pewnością na takie pojęcie Boga, dla którego mogę już spokojnie umrzeć. Często mówię o śmierci, ale warto dla takiego Boga żyć, i nie trzeba zbytnio się lękać umierać. Nie znam większych miar (niż życie i śmierć) dla wartości, w tym prawdy. Filozofia i inne nauki mogą definiować lepiej i bardziej metodycznie. Chętnie będę poznawał ich wyniki, ale mam już dla siebie miarę absolutną.
Snuję (prowadzę, toczę?) z tobą nieprzerwaną rozmowę od wczoraj, ja już tak mam. Jej też nie jestem w stanie zapisać w całości. Może kiedyś zrobią chipa, który będzie na bieżąco zapisywał nasze myśli. Ale wtedy powstanie problem odczytu, bo będzie wymagał takiego samego czasu na odsłuchanie, a musimy żyć własnym życiem, a nie odczytywaniem cudzego. Zasada Heisenberga ma tu chyba jakąś analogię.
Początek tego wątku przyszedł przy rozpalaniu w piecu. Lubię być dokładny w relacjonowaniu zdarzeń, staram się uwzględniać wszystkie możliwe okoliczności, na które moja świadomość („strumień świadomości”) zwróciła uwagę.
Mój Bóg jest Bogiem wierności, jedności. Wierność, jedność buduje też naszą rodzinę. Itd.,itp. Czego mam jeszcze chcieć? Jeśli to nie jest „boskie”, to co nim jest?
Wczoraj zamieniłem gadu-gadu z Helą, w drodze z Łochowa do domu, przeczytałem pierwszy raz Jaśka wiersze (dał na blogu), dzisiejszy wpis Łazarza – czegóż chcieć więcej? Relacje osobowe dają niesamowitą pełnię. Nie chodzi tylko o rodzinność. Jeśli mam takie małżeństwo i rodzinę, znam Andrzeja Madeja, koresponduję z Lucy i mogę z tobą – jestem wybrańcem losu. Bo „jak niewiele jest ludzi pragnących się objawić”.
To co mam, czego do-świadczam (objawianie w obie strony), jest nierozdzielne z wiarą w Boga, jakiego mi przekazano w rodzinie, jakiego poznawałem dalej osobiście (Biblia i życiowe fakty). Tak naprawdę nie potrzebuję (już) innego pojęcia Boga. Emmanuel – Bóg jest ze mną, z nami. Takiego chcę, takiego znam, takiego chcę przekazywać innym.
W środę na katechezie w 2-giej klasie SP, na pytanie - „co wam mówi imię, które usłyszał Mojżesz – JESTEM-KTÓRY-JESTEM” dziewczynka odpowiedziała – że "jest zawsze taki sam. Jestem ten, który jest, a nie jakiś inny. Jestem tym samym, którym byłem." Wskazała na niezmienność, tożsamość. A filozofowie (i ja) zawsze bardziej się interesowali i wskazywali na ISTNIENIE. Ciągle się uczę i mogę dowiedzieć czegoś więcej. Od uczniów, od rozmówców, od nielicznych, którzy chcą prowadzić dialog na tym poziomie (wiek ani dyplomy nie mają większego znaczenia, szczerość – tak).
Tyle dobra i piękna! („Jak mam dziękować, żeś mi dał tak wiele”, L.Staff). Wyliczanie własnych słabości, grzechów, porażek, brzydoty, oraz niechęci różnych bliźnich – nie tworzy przeciwwagi, może tylko uwypukla bilans i ogrom dobra. „Z rzeczy świata tego zostanie poezja i dobroć, i więcej nic” (CK.Norwid).
Nie ja wymyśliłem świat, ani taką jego interpretację. Jestem (czuję się i pojmuję) ogniwem długiego łańcucha. W jednym z rodzinnych wątków (rodzina jest splotem wielowątkowym) odziedziczyliśmy udowodnioną ciągłość wychowania patriotyczno-religijnego od I połowy XIX wieku. Mamy szczęście, że ktoś w rodzinie pisał, spisywał, i że się zachowało, ale każdy ma swoją dobrą historię. Nasza jest na zdjęciach, laurkach i kartkach pocztowych obok, na blogu. Inni mają w opowieściach ustnych, albo jest jeszcze nie zebrana. Trzeba szukać. „Spodobało się Bogu zbawić nas we wspólnocie... z pokolenia na pokolenie”. Nikt nie jest więc wydziedziczony z dobra, piękna i prawdy w ludzkim rodzie.
„Natomiast doświadczenie Boga niesie ze sobą ryzyko tego, że doświadczamy jedynie interpretacji doświadczenia materialnego lub intelektualnego, gdyż nie można (nie umiem?) doświadczyć Boga bezpośrednio, tak jak doświadczam wszystkiego innego. W jakim zatem sensie stwierdza pan, że - jest prawda?”
Powyżej opisane doświadczenie Boga jest jakąś interpretacją, ale nie widzę w niej większego ryzyka :) Nazywam je doświadczeniem Boga, na bazie obrazu Boga i wiedzy o Nim, jakie otrzymałem w trakcie wychowania w rodzinie, własnych poszukiwań i studiów, znajomości Biblii i praktyki modlitewnej, liturgicznej itd. Interpretacja? Tak, tego wszystkiego. Jakoś mi te puzzle się ułożyły :) Wszystkie elementy dobrze pasują. Inne interpretacje mogłyby grozić mi dezintegracją, a w efekcie pozbawieniem tożsamości. Nie oddam swojego życia innym interpretacjom.
Ponieważ zachowuję rodzinny zwyczaj zapisywania życiowej drogi, są dostępne jej etapy, opublikowane głównie dzięki dobrodziejstwu Internetu:
1. Wierszyki (między 25 a 30 rokiem życia)
2. Ziarno Solidarności (1981)
3. List Młodzieży do Papieża (1985)
4. Wywiad z katechetą „Powiedz mi swoje imię” („Odpowiedzialność i czyn”, Nr.1, 1988) – niedostępny w Internecie
5. Agatologia (głównie wezwania modlitwy powszechnej oparte o czytania liturgiczne)
6. Rok katechety (na razie sam początek zapisów z katechez w 1988 roku)
„... doświadczyć Boga bezpośrednio, tak jak doświadczam wszystkiego innego”.
Ale wszystkiego innego także doświadczamy na wiele sposobów. Nie ma jednego sposobu doświadczania rzeczywistości. O doświadczaniu sacrum pisał Mircea Eliade. Jedni się z nim zgadzają, inni wskazują na różnice z doświadczeniem sacrum w Biblii. Dość powszechnie mówi się, że człowiek z natury jest istotą religijną (homo religiosus). Spotkałem nawet „Biologię religii”. Niektóre publikacje mogą dawać więcej zamętu niż pokoju. Nauka może służyć religijności rozumnej, nie może jej zastąpić. Nie można zastopować (zawiesić) życia religijnego, by go najpierw poznawać i uzasadniać naukowo. Nie tędy droga. „Oddajmy co cesarskie cesarzowi, a co Boskie (także w nas) Bogu”. Dobrze, że mamy konkret Jezusa z Nazaretu. On naprawdę ratuje, gdy zamęt podchodzi pod nasz próg.
Nie wiem, czy przykład Edyty Stein można zaliczyć do bezpośredniego doświadczenia Boga, ale warto go przemyśleć. Była asystentką Husserla, przyjaciółką Romana Ingardena. Po lekturze św. Teresy z Avila miała stwierdzić „tak to jest”. Obie święte są częścią mojego doświadczenia Boga (intersubiektywna weryfikowalność). Mam także swoje własne przeżycia, wierszyk, który przyszedł we śnie ("Nim przyjdzie ktoś..."), a jeszcze bardziej to, co zdarzyło się we mnie po komunii w czasie I Ekumenicznego Spotkania w Kodniu. Wtedy przeżyłem Boga jako Prostotę. Każdy (chyba) ma jakieś przeżycie Boga (?). Czy możesz opowiedzieć swoje?
„W jakim zatem sensie stwierdza pan, że - jest prawda?”
Twierdzę, wierzę, że jest i że można ją stopniowo poznawać. Chyba na zasadach klasycznej logiki i zdrowego rozsądku (że „ten sam przedmiot nie może być i nie być jednocześnie” i pozostałych). Że jest prawda, dowodzi także jaki taki ład wokół nas, zbudowany wszak na prawdziwych obliczeniach i planach. Sprzeczne plany i obliczenia –> wróć do zasady logiki :)
Prawdę wiary dowodzi przede wszystkim życie według niej, historia biblijna i historia Kościoła. To są te moje puzzle.