Wierzcie, albo nie, ale jest taka gdzieś gmina. Jest takie
miejsce na ziemi.
Wszyscy tam o czymś marzą, jak każdy homo homo sapiens. Różne
mają marzenia, jak różni są mieszkańcy każdej gminy - w Polsce i
na świecie. Jest i nie jest? Wszystko jest możliwe w marzeniach, zwłaszcza w Wymarzenach Utopistych. Oni mają swój gen.
Nieraz to się podobno zdarza na jakimś terenie. Czasem nie jest to gmina, ale coś, gdzieś. Różne języki różnie
nazywają. Może być dumne hrabstwo, kalifat, emirat, gdzie indziej okrąg, może obwód.
Łączą się czasem, tu i ówdzie, w większe całości, powiaty,
śródziemia, landy, autonomie i inne normalne, albo dziwotwory.
Coś, ktoś je nazwał kiedyś, od
czegoś, po jakieś 'dlaczego', ale rzadko kto sobie z mieszkańców
zadaje pytanie, po co. Są zapracowani, wiecznie zaambarasowani
jakimiś obowiązkami, nie mają czasu ni chęci na myślenie. Pamięć i tożsamość nie jest ich pierwszą potrzebą, a nawet jeśli gdzieś
zbyt mocno zaświta, staje się problemem. Ich pierwszą potrzebą jest materia.
Nie materia życia, bo ta za bardzo
kojarzy się z duchem myślenia, z myśleniem duchem, a to już parów
– tak mówią - a gdzie indziej nazywają bagnem. Parowów i bagien
boją się prawie wszyscy mieszkańcy Wymarzen Utopistych. Ma to
korzenie w miejscowej legendzie, która stała się prawie miejscowym
mitem, że tam przepadły przed wiekami całe karawany kupców i
wędrowców, w drodze po skarby i wiedzę - na Wschód.
O tym strasznym miejscu mówili im wszyscy od
dzieciństwa, ciotki, wujkowie, kto im się nadarzył w bliskości
pokrewieństw lub sąsiedztwa. Wszyscy starali się więc obchodzić
każde bagno z daleka. Z czasem tak się porobiło, że wszystko, co nieznane, nazywali bagnem, a szczególnie tę obrzydliwą, obślizgłą
bestię, która tam się skryła, choć nie wiadomo, odwieczna ona była, czy skądś przybyła. Był to według nich – tak jak w
legendzie - ni wąż, ni smok. Potwór, na pewno.
Mieli nawet na niego swoją nazwę, coś
w ich języku jak „sśświadośśmość”. Syczało, świszczało już przy próbie wymowy, więc nie dziwota, że rzadko ją wymawiali i
nie mieli jednej obowiązującej formy, której mogliby nauczać w
swoich szkołach. Nie wiadomo dlaczego, niektórzy używali jej w innej
formie, która dla jednych, jakby bardziej bestię oswajała,
familiaryzowała, a dla drugich wręcz przeciwnie, czyniła ją
bardziej przerażająca i dziką – siamocuśświadomość czy cuś podobnego, samo
wymówienie budziło grozę. Była ta bestia, zwał jak zwał, bez wątpienia i dwóch zdań - zbędnie wypowiedzianych, tyle razy, ze spowodowało i utrwaliło w nich zły zwyczaj niemówienia publicznego o niczym ważnym - ze świata goblinów, gnomów, wrednych
wróżek i jędz z kołtunem na głowie. Gorszy to był stwór od
nietoperzy, które złośliwie wplątują się grzecznym
dziewczynkom w piękne długie włosy, zwłaszcza w te najpiękniejsze rude, do zaplecenia w koronę na
uroczystości rodzinne, zwłaszcza na pierwszą komunię.
Nie wiadomo, dlaczego powstała druga
wersja nazwy potwora, niby oswojona, niby familiarna, może była wymyślona przez
tych, którzy mieszkali najbliżej bagna. Może chcieli na siłę, bardziej swoją sytuację niż rzeczywistość oswoić, a może chcieli trochę złagodzić strach swój i innych,
by mieszkańcy się i ich nie bali, bo ci, którzy podejdą za
blisko do podejrzanych źródeł, sami stają się podejrzani. A może
były inne powody, im tylko znane, jakieś wypadki, zdarzenia,
których byli świadkami? Kto ich tam wie, ludzie we wsi i tak im nie
ufali.
Coś tam jednak musiało być, musiało
się dziać tajemnego, bo nawet to miejscowo-czasowe, trudno wątpić, by wolno wybrane, może w kości wygrane?, zamieszkiwanie pozwalało, choć
niektórzy ani przez chwilę nie wierzyli w wersję łagodną i mówili 'kazało', więc i kazało mówić o
tym strasznym miejscu w pierwszej osobie, bo "samo" coś - co by to nie było - musi być w pierwszej osobie. Brzmiało to coś, rozkazem czegoś złego nadane, jak
samość-bagienność, czy samość-świadomość, jakoś tak.
Większość sąsiadów i mieszkańców z czasem bardziej zapomniała,
niż się z tym słownym łamańcem oswoiła, ale i tak nikt normalny nie lubił tych, którzy
mieszkali w pobliżu bagna, albo się tam kiedyś nie wiadomo
dlaczego i po co zapuścili. Meli ich za dziwaków, albo zakażonych.
Szczególnie jednego z nich. Był odludkiem, większość nie
wiedziała o nim zbyt wiele, prawie nie znała nawet jego imienia i
nazwiska, ani skąd się wśród nich wziął. - Pewnie łobuza ktoś tu
przywlókł - mówili - niechybnie zły duch. Zwany był przez wszystkich Reroń
Amytykós. Podobno to coś znaczyło, ale wiedział chyba tylko ten,
który wymyślił, ale ten, albo już nie żył, jak jedni mówili,
albo tak jakby nie żył, bo się wyprowadził daleko i słuch o nim
zaginął.
Reroń podobno kiedyś się wybrał na
bagna i przeżył, ale nikt nigdy nie pytał, co tam znalazł, jak
było. Nie tylko znajomi i sąsiedzi bali się pytać, unikali go
odtąd prawie wszyscy mieszkańcy. Stał się zakażony w najwyższym
stopniu. Nieczysty, podejrzany. Najlepiej takich unikać, obchodzili
więc z daleka.
PS.
Zabawa tyleż niezabawna, co niedopracowana. Ale za to! - wszystko w ten sposób mogę powiedzieć, nie oglądając się, komu tym razem się narażę, komu nie spodobam. Wolności twórczej, w każdej formie i na każdemu dostępnym poziomie, ograniczyć nie macie - jacyś anonimowi Wy - prawa. Nikomu tego robić nie wolno, w wywalczonej przez moje pokolenie demokracji i w wolnej Polsce, europejskim kraju i gminie.
Jest krańcową niesprawiedliwością, której doświadczam już wiele lat, że wielu ważnym (według ich mniemania) się nie podoba, że i co piszę, ale fakt, nie mniej oczywisty i znany, że mnie się nie podoba Wasze gminne milczenia, nie jest kładziony na szalę. Jesteśmy siebie warci.
Każda ludzka wypowiedź na to, co piszę od lat, nadała by mojemu pisaniu inny kształt. Prawda uciera się w dialogu. Moje pisanie i gminne milczenie współtworzą klimat naszego społecznego życia w pewnym zakątku kraju nad Wisłą. Ot, jakie to proste.