W Norwegii - nad pięknymi fiordami - tragedia. Po Polsce krążą burze. W Wołdze toną dzieci. Afryka umiera od suszy.
Wysyłam maila do Ingeborg, pobożnej nauczycielki, która z Biblią do nas przyjechała. Czytała Słowo Boże w swoim norweskim języku na szkolnej mszy niedzielnej w naszym kościele, w 2005 roku. Po mszy świętej staliśmy w kręgu, śpiewaliśmy "Zjednoczeni w Duchu". Stali wtedy z nami Anna i Maciej Formanowiczowie, którzy potem kolonie naszym dzieciom podarowali, a całej Strachówce wpłatę na sztandar Rzeczpospolitej Norwidowskiej. Stali w braterski kręgu młodzi stypendyści z ich AMF-u, pani profesor od Cypriana Norwida z Poznania, i pani doktor, i Czeszka i ksiądz proboszcz, który nie zdążył jeszcze zdjąć ornatu, był obleczony w Jezusa Chrystusa. Wszyscy byliśmy w Niego obleczeni. W Jego osobę, tajemnicę, kulturę... Mail do Ingeborg podpisałem naszym imieniem, Grażyny i swoim, ale i wszystkich przyjaciół ze Strachówki. Jesteśmy złączeni w jedno eucharystią. Zwróciła nam na to uwagę Lucy z USA, pisząc o kolonii w Murzasichlu. Takie jest nowoczesne (zarówno 2-tysięczne jak i współczesne zarazem) myślenie w naszych ostatecznych czasach.
Napisał do mnie Mirek, z gminy Potworów, odpowiedział niestety na moje pytanie twierdząco. Jego gospodarstwo znalazło się w centrum nawałnicy, wszystko stracił, został "wyzerowany". Mirka poznałem na kongresie LGD w Mikołajkach. Jest człowiekiem o ogromnych horyzontach, od starożytnej Grecji po Trójcę Świętą. Uprawiał paprykę.
Czuję się w centrum wydarzeń swego czasu. Czasy są zwyczajne, jak zawsze. Nie lepsze, nie gorsze do życia, niż wtedy, gdy wyginęły dinozaury. Dla wiary i rozumu są lepsze. Zyskały nawet miano czasów ostatecznych, zwanych też - po świecku - naszą erą. Ostateczność czasom nadał Jezus z Nazaretu. Jeśli ktoś przyjmie tę opcję, ma lepiej.
Jeśli modlitwa jest tlenem dla życia duchowego, to bez niej ludzie muszą żyć lekko podduszeni (niedotlenieni). Herbata, kawa, ani inne trunki go nie zstąpią. Nie ma dla niej substytutów. Nie mam wyboru, raz mówię jej, raz jego. Inaczej być nie może, bo ona ma naturę bosko-ludzką. Ona - to modlitwa. On - to tlen.
Modlitwa daje przeżycie całości. Daje przeżycie sensu. W sensie zanurza. Dzięki niej i w niej też stajemy się bosko-ludzcy. Jak mistrz, albo raczej brat, bo tak mówi Pismo.
Dzięki duchowemu braterstwu (siostrzeństwu) z Lucy rozczytuję się dzisiaj w księdzu Piotrze Semenence i w angielskiej wersji Fortepianu Chopina.
Dokąd nas to braterstwo zaprowadzi? To bardzo piękna historia i przygoda. Nigdy nie pomyślałem nawet, że przytrafi mi się w życiu coś takiego – duchowe braterstwo (siostrzeństwo). Pomóżcie nam swoją modlitwą, byśmy udźwignęli.
***
Robię notatki, ale nie mam czasu uporządkować i zapisać. Od dwóch dni. Wydobywam rzeczy stare i nowe. To cytat z dzisiejszych czytań liturgicznych. Te nowe zwłaszcza są niezbędne. Może nawet nie mnie, światu, choćby naokolnemu. Stare były i są potrzebne bardziej dla wewnętrznego utrwalenia. Nowe tyczą życia duchowo-intelektualnego mojego i całej współczesności. Tego tez dotyczy korespondencja z Lucy. Inni (prócz Jakuba z hehodos) nie weszli ze mną w dialog.
Zrozumieliście coś? Czy to zmienia nasze zycie? - pytał kaznodzieja w Łagiewnikach. Co przez to rozumiesz? Że będę siedział dłużej w kościele? Co znaczy dla ciebie poświęcić wszystko Chrystusowi? - ja pytałem w myślach jego.
Czy takim dictum acerbis nie gnębisz młodych i nie odpychasz od takiego rygorystycznego kościoła? Nie mówię, że nie masz racji. Mówię ci na ty, ze względu na wiek i chrześcijańską wspólnotę. Możesz mówić do mnie tak samo. Czy kaznodzieje i katecheci nie powinni być bardziej konkretni?
Powiedz młodym (starszym też), że Jezus (Stwórca) nie chce im niczego zabierać. Przeciwnie, chce dawać i dawać. Obdarzać bez końca. Bo On widział, że wszystko, co stworzył było i jest piękne. On chce naszego życia w szczęściu i radości. Ja też tak uważam i uczę na lekcjach religii. Chciałbym, żeby każdy żył inaczej, żeby cieszył się swoim życiem i żył po swojemu!
To wcale nie znaczy. że nie powtórzę razem z tobą - "Zrozumieć Jezusa to próbować myśleć, tak jak On. I postępować, jak On by postąpił." Ale będę dopytywał, co to znaczy konkretnie - jak On postępował? Odwiedzał, rozmawiał, uzdrawiał, odgadywał potrzeby bliźniego, bawił się na weselu, ucztował u przyjaciół, odchodził na bok, by w samotności się modlić (rozmyślać - bo nie brał ze soba książeczek do nabożeństwa), rozglądał się i wzruszał na widok swego miasta, na wiadomość o śmierci przyjaciela, odwiedzał świątynię i wychodził z niej, kiedy chciał...
A my byśmy chcieli zrobic z człowieka religijnego robota. Tu klęknij na dwa kolana, tu wstań, tu siądź, broń Boże nie wolno ci wyjść w trakcie liturgii, itp., itd. Ile w naszej katechezie jest tego, co z ambon piętnują inni kaznodzieje - "wypełnianie prawa bardzo po faryzejsku, co do litery i kropki?".
Mnie łatwo mysleć inaczej. Nie jestem religijnym (ani innym) skrupulantem. Też się modlę bez książeczek, a nawet nie mówię pacierza. Znam go i tyle.
Wam trudniej. Żyjecie w oderwaniu od życia prostych ludzi. Ale mimo to nie przemawiajcie, jakbyście straszyli Jezusem i nakładali Go jak ciężar na ramiona słuchaczom. Sami przebrani w jakieś nierealne (nie z tej ziemi) szaty. Jezus daje skrzydła i radość.
Żyj po swojemu. W wolności religijnej (rozumnej i odpowiedzialnej). Z przyjacielem za pan brat. I tym na ziemi, i tym w niebiosach (własnej duszy). W serdecznym uścisku, a nie rytualnie-nakazanym. Kiedy On jest w tobie, a ty z Nim, to zmuszanie do jakichś nakazanych czynności jest gwałtem. I nie z zewnątrz ocenia się czyjąś przyjaźń. Po owocach ją poznacie.
Znasz przykazania? Idź i czyń podobnie. Ja ci dałem denar i talent wolności. Coś z nią uczynił?