Zdjęcia nie kłamią. Ileż prawdy znalazłem na www.murzasichle3.blogspot. Także te zdjęcia przynaglają mnie, abym podniósł temat prawdy i fałszu w naszym wspólnotowym życiu. Bez niedomówień - chodzi o naszą wspólnotę lokalną, a przede wszystkim o wspólnotę szkolną.
Wielka Brytania ma swoją aferę podsłuchową (ponad lokalną), my aferę kolonijną - dwa wyjazdy w tym samym czasie, w to samo miejsce, adresowane do tej samej grupy uczestników i wychowawców, jeden organizowany przez dyrektora szkoły i Caritas diecezjalny, drugi organizowany przez nauczycielkę tejże szkoły i stowarzyszenie lokalne. Kto chciałby zamieść tę aferę pod dywan, zrobi niedźwiedzią przysługę wspólnocie lokalnej, szkole i parafii.
Wspólnota jest tylko tam, gdzie jest jedność - na mocy definicji! Bez jedności - jest tylko jakaś grupa (grupy). Grupę różnie można definiować, ze względu na przyjęte kryteria. Gdzież grupie do wspólnoty! Grupa jest na dużo niższym od wspónoty szczeblu bytów. Niewyobrażalnie niższym. To jak porównać materię nieożywioną do materii obdarzonej życiem. W każdej wspólnocie czynnikiem ją konstytuującym jest wartość duchowa. Wspólnota istnieje przez przyjęcie daru. Grupa istnieje tylko dzięki organizacji, interesom, prawu i innym czynnikom naturalnym.
We wspólnocie - najważniejszy jest dawca. Wspólnota powstaje przez przyjęcie daru. Nigdy nie dość powtarzania tej prawdy - jest ona bardzo mało znana. Z dwadzieścia lat szukałem tej definicji. Tylko w taki sposób może "zawiązać się" wspólnota. Co nie przeszkadza, żeby przyłączyli się do niej ludzie kierujący się jakimś wyrachowaniem. Ale są oni wtedy tylko martwymi duszami danej wspólnoty. Wcześniej lub później się wykruszą. We wspólnocie można wytrwać tylko na zasadzie dobrowolności. Włączając się w jakąś wspólnotę chcemy (godzimy się) być współ-darem. We wspólnocie pełnoprawnym członkiem stajemy się podzielając jej wartości. Tak więc prawdziwą wspólnotą zarządza nie zarząd, albo inne kierownictwo, ale duch. Najlepiej jeśli jest to Duch Święty. On zaś jest rozpoznawalny w dość prosty sposób. Kryterium jest (ta sama) wiara, nadzieja i miłość. Tę wiarę, nadzieję i miłość możemy weryfikować z pomocą Biblii i 2-tysięcznej tradycji kościoła.
Wspólnota - jak tlenu - potrzebuje szczerości, jawności, aż po przejrzystość. Karmi się nimi jak tlenem i źródlaną wodą. Dzięki temu wzrasta. Chce się dzielić dobrem, chce by podzielane (wyznawane) przez nią dobro zajaśniało. "We wspólnocie nie pytaj, co ty możesz z niej mieć, ale co ty możesz jej dać".
Grupy przeważnie mają wiele do ukrycia. Mają swoje plany i wyrachowania, których boją się ujawnić, jak sekretnego wejścia do skarbca. Oczekiwane korzyści są ich spoiwem. To nie jest oskarżenie. Ja tylko chcę opisać obiektywnie charakterystykę gatunkową.
Wspólnota jest cudem we Wszechświecie. I każda - zawsze jest jakby częścią jednej idealnej WSPÓLNOTY - jej szczytem jest ideał (eschatologicznej) JEDNOŚCI. Jedność zajaśnieje - to pewne. Grup jest wiele - tysiące, miliony.... ich granicą (idealnym odwzorowaniem) jest nieskończoność. Wielość rozpłynie się w mroku. Tak więc jasność i mrok są wpisane od początku w każdą wspólnotę i grupę.
Fałsz zabija wspólnotę. Posługuje się niedomówieniami, przemilczeniami, tajemnicą organizacyjną, niejawnymi celami, naśladownictwem itd. Fałsz niszczy każdą szkołę, parafię i wspólnotę lokalna. Wspólnota lokalna - według mnie - to quasi wspólnota.
Grupa może wpisać w swoje cele działalność wychowawczą, ale naprawdę wychowuje jedynie wspólnota. Małżeństwo i rodzina, które są wspólnotą - wychowuje. Małżeństwo rozbite i skłócona rodzina - chyba nie? Jeśli za wychowanie bierzemy wzory osobowe, a nie słowa i deklaracje.
To samo dotyczy szkół, parafii, gmin... Zwłaszcza tam, gdzie mieszkańcy uważają się za chrześcijan. "Abyście byli jedno" - w skrócie, o to własnie chodzi. Jedność budowana i wynikająca z przyjęcia Dobrej Nowiny wychowuje. Jest najlepszym wzorem.
Szkoła z definicji musi być zbudowana na wartościach i konsensusie. Jest pisany, tak lub inaczej, kodeks szkolny. Rozpisany na cele wychowawcze, regulaminy, systemy oceniania... Czy może pracować w szkole, lub innej firmie, ktoś, kto nie uznaje (praktycznie, bo nie do pomyślenia jest, aby formalnie) wartości wpisanych w jej kodeks?! Nie do pomyślenia. Ani w Viessmannie, (zajrzyjcie jeszcze tutaj), niby to samo, ale jak pięknie!, ani w Rzeczpospolitej Norwidowskiej. (w 2004 był tylko taki wpis o szkole - daję link, bo podkreśla jednak ciągłość naszych działań). Ale nie wystarczy potwierdzić systemu wartości tylko w głosowaniu nad kodeksem. Trzeba nieustannego dialogu. Trzeba nieustannej dyskusji na forach publicznych. Z tym u nas jest kiepsko, bardzo kiepsko.
Fałsz bardziej jest widoczny i ekspresyjny niż zadeklarowane wartości i prawda. Zło łatwiej się reklamuje. Nawet w Boskiej Komedii Dantego Alighieri. Badania z zakresu turystyki mówią, że zadowolony gość (turysta) podzieli się swoimi pozytywnymi wrażeniami z pięcioma osobami. Niezadowolony - z dwudziestoma.
Szkoła, w której działają grupy, nie ważne jak liczne, odcinające się, dystansujące bardziej, lub mniej jawnie (skrycie) od głównej linii reprezentowanej przez dyrektora i radę pedagogiczną , nie jest idealną wspólnotą wychowawczą. Taka sytuacja niweluje podejmowane wysiłki (ogromne) wielu. Taka sytuacja niszczy. Taka sytuacja zabija. Może w takich samych, lub jeszcze większych proporcjach, niż 5/20 w turystyce. Szczypta fałszu w dziedzinie wychowawczej demoluje, jak bomba próżniowa. Głupi są dorośli, którzy próbują - na siłę - tego nie widzieć, lub nie rozumieć.
Jak fałsz nas zabija? Oto wyraziste przykłady - milknące rozmowy, lub zmiana tematu, na widok pewnych osób, szeptanie w grupkach, po kątach, oburzenia i emocje wybuchające nieraz z wielka siłą, ale tylko w konkretnych osobowych konstelacjach, grupy, grupki rodziców tworzące się przy tym, lub tamtym pedagogu, przeradzające się z czasem w nieformalne, lub nawet formalne grupy wyborców, księżycowe wprost relacje radna - środowisko, z którego się wywodzi, rywalizowanie, bądź nawet przechwytywanie grup uczniów i młodzieży do własnych działań projektowych, lęk różnych osób do wyrażania w tak spolaryzowanym środowisku swoich opinii na temat ważnych kwestii publicznych... Krótko mówiąc - publiczna demoralizacja i paraliż życia społecznego. Mnie w takich realiach nie chce się nawet myśleć, nie tylko o pracy w szkole, ale i o wspólnych nabożeństwach, a nawet o spacerze po ulicach i zakupach w sklepie. Cała atmosfera, tak, lub inaczej, jest zatruta.
Czy nie ma na to lekarstwa? Czy nie ma wyjścia?
Ależ skąd. Mamy 2011 rok od narodzenia Jezusa z Nazaretu. Wszystkie potrzebne środki do uzdrowienia zostały nam dane. Z poziomu natury - człowiek jest istota myślącą, społeczną i dialogiczną. Z poziomu kultury - prawo, sztuka, podobne przykłady w długiej historii ludzkości. Z poziomu nadprzyrodzonego (objawionego) - Stary i Nowy Testament i naukę społeczną kościoła.
Zamiast odrzucenia mojego opisu sytuacji i oburzenia się na mnie, szukajmy rozwiązań. Jesteśmy skazani na sukces - o ile posłużymy się dobrą wola. (Damy wtedy owocną naukę globalną dla wielu).
Co do mnie, chciałbym sprostać wyzwaniu. Chętnie będę uczestniczył w każdej formie zmierzenia się z problem. Zmierzenia z problem, w próbie szukania rozwiązań, a nie sądu, czy potępienia. Nic z tych rzeczy. Stanę do każdej poważnej(!), publicznej(!) rozmowy czy debaty (może być oksfordzka) zorganizowanej przez dyrektora szkoły, proboszcza parafii, wójta gminy, przewodniczącą Rady Gminy, gminne forum współpracy NGO (org. pozarządowych) - które ma to w swoich obowiązkach (po to jest), przyszłe CAL (centrum animacji lokalnej), lub GCI (gminne centrum integracji), lub każdą poważną osobę czy instytucję. Może być z pomocą ośrodków naukowych i prasy wszelakiego szczebla. To jest żywotna sprawa wszystkich mieszkańców gminy. Wezmę udział w każdym pokutnym, lub błagalnym nabożeństwie. Żeby koszmar podzielonego życia (skłóconego) minął.