Życiński miał życie w nazwisku. W dewizie biskupiej - "W Duchu i prawdzie". Złośliwi arcykatolicy przezywali go Żydziński, bo nie był łbem zakutym tylko katolikos, czyli powszechnym. Jak miałem się nim nie interesować i go nie lubić, skoro reprezentował szeroko rozumianą filozofię przyrody. Jestem częścią przyrody, kosmosu, nie wystarcza mi grzebanie w książkach, muszę jeszcze grzebać w sobie, w życiu wszech-światów w ogóle. Ingarden nie mógł opisywać struktury świadomości z zewnątrz. Nie da się. Lubię doświadczalny charakter świadomości i życia wewnętrznego.
Miał Józef na imię. Był księdzem, arcy-biskupem Lublina. Jestem zaskoczony, że tyle miejsca poświęcają jego śmierci. Jeszcze nie wiem, co to znaczy, ale wydaje się sztuczne, medialnie nadymane. Wołałbym jedną mądrą audycję o jego poglądach filozoficznych, teologicznych i eklezjalnych. Wyłączam ględzenie. Teraz go niby wszyscy wychwalają? Akurat. Nie znoszę zakłamania. Dlaczego milczą ci, którzy go zwalczali w kościele? Dlaczego nie pojadą z mikrofonami do Torunia? Toruńscy wyznawcy są przecież także na KUL-u,którego był Wielkim Kanclerzem! Jestem pewny, że gdyby było odwrotnie, oni by go nie trzymali.
Lubiłem go od 30 lat. Żadne podziały polityczne i kościelne mnie wtedy nie obchodziły. Nie było ich? Życie samo i słowo, które było u Boga i Bogiem było, tylko się dla mnie liczyło. Życie - w aspekcie jedności - jest apolityczne. Ono konsumuje wszelkie polityki. Wieczność jest apolityczna.
Ostatnie dziesięciolecie nie lubiłem tylko jego głosu (maniery).
Ja świata nie zawojuję, Egiptowi nie pomogę, nawet w gminie jestem niepotrzebny. Nie boli mnie to za bardzo. Zastanawiam się nad małym światełkiem, które zgasło, a miliardy jeszcze świecą na naszej planecie, ledwie widoczne z większej odległości, a z dużej w ogóle mało kogo obchodzą. Życińskiego widziałem kiedyś na Okęciu, przebiegał z torbą na ramieniu do odprawy paszportowej. Ciekawe, o czym myślał w samolotach? Czy o kosmologii, którą wykładał, między innymi? Ostatni raz go widziałem, słuchałem, po drugiej stronie stołu siedziałem, w gmachu Bobolanum, po wykładzie, Sławek mnie zaprosił na ich sławne kawy i ciastka. A pierwszy raz imię, nazwisko i poglądy poznałem w książce "Wszechświat i filozofia", którą popełnili z Michałem Hellerem, też księdzem w 1980 roku. Nie mogłem wtedy takich publikacji przegapić (data wskazuje, że Solidarność, Wszechświat i filozofia w moim dorosłym życiu zawsze się dopełniały). Dopiero po latach mogę zobaczyć pewne fakty. Zaczynam lepiej rozumieć siebie. Jak nie dziękować! Komu? Heller dostał nagrodę Templetona, za działania związane z pokonywaniem barier pomiędzy nauką a religią, a Życiński siedział teraz w radzie tej fundacji. Z księdzem profesorem Kazimierzem Kłósakiem bardzo się liczyli. Nie mogło być inaczej. On był najstarszy. Kształcił kleryka Wojtyłę, był autorytetem filozofii przyrody. Mnie się nie udało u Kłósaka zacząć kariery od istoty człowieka w dziełach Ingardena, bo umarł. Piszę lekko. Nie płaczę. Swoje zamyślenia nad śmiercią snułem kiedyś na górce Salvatora w Krakowie nad grobem księdza profesora urodzonego w Żółkwi. Zapaliłem znicz, wiersz mu poświęciłem. Lubię cmentarze. Gdy się nadarzy okazja - sam je zresztą stwarzam - idę na groby. Tomasza Manna, Kazimierza Kłósaka, Szczepana Ślagi (ks. prof., przyroda ożywiona, cm. w Limanowej), Johna Ronalda Reuela Tolkiena, może kiedyś zajdę na grób Życińskiego w Lublinie. W Sulejowie, gm. Jadów, jest grób księdza Jakuba Dosta, który przez 50 lat nam proboszczował, za czasów Cypriana Norwida, ślub pewnie dawał jego rodzicom. Księże biskupie-profesorze: "Nie ma grobów... oprócz w sercu lub w sumieniu, / I nie ma krzyżów... oprócz na zimnym kamieniu,/ Albowiem krzyż jest życie już wiek dziewiętnasty...". Wiek dwudziesty pierwszy...
Kłósak, Ingarden, Tischner, Życiński, Heller - przez ile dróg musi przejść każdy z nas? Nie powinno dziwić, że Boga nie szukam już w książkach i na kazaniach. Szukam w niebie, na ziemi i w sobie. Nie jestem pobożny, jestem religijny - według definicji encykliki "Wiara i rozum". Dobrze, że się takiej encykliki doczekałem/doczekaliśmy. Całe moje życie do niej parło. Biada mi, gdyby Jan Paweł II jej nie napisał. Wcześniej, czy później, jacyś ludzie wywaliliby mnie pewnie z kościoła. Wyroki nie zapadają tylko w Watykanie. Gorsi mogą być ci bliżej, najbliżej.
Siedzę w fotelu, jem, śpię, patrzę w telewizor - łapię promieniowanie tła. Łapię cząstki elementarne życia duchowego dane w codzienności.
Chyba nigdy nie powiedziałem/napisałem, że coś powiedział mi Jezus z Nazaretu. W wersji "Pan mi powiedział". Brzmi to dla mnie nazbyt... dewocyjnie? nieprawdziwie? egzaltac(yjnie)? Ja staram się obiektywizować. Powiem - "Jezus z Nazaretu powiedział w Ewangelii św....". Owszem, kiedyś powiedziałem - "Bogu musi się podobać, że się gromadzimy na czuwaniu modlitewnym...", ale to też wiem z Pisma Świętego.
Kiedy mówię "Bóg" - nie należy się domyślać siwego, brodatego starca. Nikt taki za rękę mnie nie prowadzi. Wierzę w Osobową Obecność, Sprawcę ładu biblijnych bohaterów. Wierzę w Yahweh - Jestem-Który-Jestem. Wierzę w Boga Jezusa Chrystusa i Jezusa Zbawiciela ("da poznać ludowi swemu Zbawienie przez odpuszczenie grzechów"). Przypadek gramatyczny bywa bardzo ważny. "Bóg Jezusa Chrystusa" - to książka Waltera Kaspera, który później został kardynałem. Lubiłem wykłady z apologetyki, rozumianej jako dociekania nad samoświadomością Jezusa. Kiedy mówię "Bóg" - przywołuję całą wiarę i rozum.
Moja wiara, to znaczy ja, stale potrzebuje rozumu i tego co już poznałem o sobie, o świecie, o tzw. homo sapiens. Dziękuję mistrzom, nauczycielom, profesorom.