Pierwotnie tytuł miał brzmieć - "Historia partycypacji w Strachówce", ale zaszło zdarzenie, które wpłynęło na kształt wywodu.
To, o czym piszę, objawiło mi się na Forum Animatorów Społecznych w Augustowie. Wiele prezentacji i warsztatów prowadzonych było przez pracowników MOPS-ów. Nie wiedziałem, że są tak istotnym graczem, partnerem na polu polityki i działalności społeczno-kulturalnej. Właśnie wymiar animacji kulturalnej i szerzej - społecznej, był dla mnie bardzo ważnym odkryciem.
Siłą rzeczy (faktów) przypomniałem sobie czas I-szej kadencji samorządu w Polsce. Wtedy powołano Gminne (i inne) Ośrodki Pomocy Społecznej. Uczestniczyłem w tym procesie. Przekonywaliśmy dziewczyny pracujące w gminie, aby zdecydowały się na zmianę w swoim życiu. Wymagało to pójścia w nieznane. Warunkiem było podjęcie studiów w tym kierunku. Wiązało się to nie tylko ze zmiana stanowiska pracy, ale wyjazdów, wysiłku intelektualnego itd. Złożony proces - właśnie zmiana. O zmianie w życiu (społecznym, wspólnocie...) rozwinęła się dziś prawie cała nauka. Wtedy musiałem/musieliśmy przekonywać się dysponując własnym jeno rozumowaniem. Udało się.
Do czasu. Konsekwencje zmian po wyborach w 1994 roku dotknęła także tego wymiaru życia w społeczności lokalnej. Nie było potem warunków do rozwinięcia skrzydeł. Broń Boże zachęty, raczej zniechęcanie. Nowe wyzwania, motywacje i inspiracje zatrzymywały się na granicach gminy. W wielu dziedzinach zatrzymaliśmy się, w wielu cofnęliśmy.
Szok, bo tak muszę nazwać przeżycia z Augustowa, przywołały samoczynnie inne wspomnienia. PRZECIEŻ CAŁA I KADENCJA, CZYLI TWORZENIE SAMORZĄDU W GMINIE (WSPÓŁTWORZENIE W POLSCE) MIAŁA CHARAKTER PARTYCYPACYJNY. To pojęcie nie znane było wtedy (nie używane) na polu polityki społecznej gminy (samorządu). Ale taka była logika. Takie było źródło. Źródłem był ruch Solidarności z 1980/81. A jeszcze głębsze korzenie tkwiły w polskiej duchowości, polskich tęsknotach, marzeniach o wolności. Przybrały one kształt ruchu solidarnościowego z ogromnym komponentem duchowości papieskiej, zawartej w zawołaniu "Niech zstąpi Duch Twój, i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi!". Wytropiłem ślad jeszcze wcześniejszego działania ducha. W samym dniu 16 października 1978 roku. To był najbardziej przełomowy moment dziejów Polski (jak Sobór Watykański II dla Kościoła) i Europy w drugiej połowie XX wieku. Ileż się wtedy poczęło, co jeszcze się nie objawiło w pełni. Ale już jest. Choćby w glebie - "w tej ziemi" - w korzeniach kultury.
Takie są też moje korzenie, moje inspiracje. Mojej działalności. Mojego dorosłego życia. Dlatego wróciłem w 1980 z Francji i zacząłem tworzyć Solidarność wśród rolników naszej gminy. Odnieśliśmy sukces. Nie wszystkie gminy w Polsce miały 100% "zorganizowania".
Potem był stan wojenny. Wojna polsko-jaruzelska. Wojna z narodem. Ja zostałem katechetą, chciałem kontynuować pracę wśród ludzi i z ludźmi. Nie wyobrażałem sobie życia bez wspólnoty. Za sobą miałem wszak także pobyt w Taize.
Był to okres, który zniszczył siłą strasznie dużo, ale wiele się obroniło. W podziemiu, w kościołach, w tzw. drugim obiegu. Powstała wtedy np. solidarność artystów z "ludem wiernym" i wszelakim, mającym chęć zajrzeć do kościoła. Te procesy, a zwłaszcza ich konsekwencje nie sa zbyt dobrze zbadane. Za wcześnie. Wiem po sobie, jak głęboka była więź w nas tego, co społeczne, z tym, co historyczno-patriotyczne, z tym, co duchowe, i z tym, co dziedziczne w wymiarze indywidualnym i narodowym. Czy to tylko idealizm młodości? Raczej skała. Kefas, Petrus, opoka.
Przez siedem lat katechezy i pracy "duszpastersko-organizacyjnej" w parafii św. Jana Kantego w Legionowie dostałem nie szkołę, ale Akademię Wspólnoty, personalizmu, kwintesencję działalności społeczno-kulturalnej. Miałem nieoczekiwany przywilej zajrzenia Panu Bogu za kurtynę. Widziałem w młodych, w dorosłych, w osobistych bardzo i innych, bardzo gromadnych wydarzeniach. Z bierzmowaniem grup ponad 200 osobowych włącznie. "List do Papieża" dobrze oddaje nasze życie i przeżycie siebie, świata i kościoła.
Tak ubogacony i przygotowany zostałem wójtem I-szej kadencji samorządu w Polsce. W takich duchu pojmowałem swoja służbę. Zinwentaryzowaliśmy majątek komunalny. Wydawało mi się, że także "zinwentaryzowaliśmy" bogactwo duchowe wspólnoty lokalnej. W budowaniu wspólnoty zeszliśmy na najgłębszy poziom ze wszystkich możliwych w naszym kręgu kulturowy. Andrzej Madej OMI, odprawił mszę dla młodych małżeństw w naszym otwartym domu. Zainaugurowała ona spotkania nad Biblią i pracę nad własna formacja osobową (duchową). Łamaliśmy po domach chleb z nieba, chleb eucharystyczny. Przeżyliśmy w tej wspólnocie sakrament pojednania o północy w domowym kościele. Przeżyliśmy wspólnie chrzest naszego syna. Takie mieliśmy ideały, taki obraz życia we wspólnocie. Wspólnota miała rosnąć, rosnąć...
W gminie stworzyła się wspólnota nauczycieli, księży (religia wróciła do szkół), wójta i wszystkich, którzy chcieli się włączyć we wspólne rozmowy o szkole, wychowaniu, integracji gminnej i wspólnej drodze. Mieliśmy najpiękniejsze cele. To był początek prawdziwej wspólnoty lokalnej (gminnej, chrześcijańskiej, otwartej, ekumenicznej...). To był partycypacyjny par exellence model demokracji gminnej.
Będąc wójtem byłem też częścią życia szkół, bo chodziłem zastępować księdza w zbyt trudnej klasie ósmej. Bywałem na wszystkich szkolnych uroczystościach wnosząc spontaniczność, starając się zmieniać trochę posępnego ducha korytarzy i pomieszczeń klasowych. Zwłaszcza gabinetów dyrektorskich i pokoi nauczycielskich. Udawało się. Przyszli nowi dyrektorzy i nauczyciele.
Ci, których dopiero co poznałem: Adam, Mirek, później Marek jako dyr GZEASz. wnosili często powiew nowego. "W Mławie sprzedają dla szkół promocyjnie telewizory. Nie mamy tylko czym przywieźć". Wójt dawał swój prywatny samochód. Służbowy "maluch" też stał się samochodem służbowo-wspólnotowym. Różni kierowcy zwozili nimi uczestników spotkań oświatowych, co miesiąc w innej szkole. Rosła wspólnota.
Do budowania dróg i uporządkowania galimatiasu prawno-technologicznego przy budowie szkoły (w Rozalinie) za radą i podpowiedzią miejscowych rolników, radnych, mieszkańców stworzyliśmy lokalną grupę działalności gospodarczej. Oni wozili żwir, wskazywali-wynajdywali sprawdzonych wykonawców robót takich i innych. Stało się to zalążkiem przedsiębiorstw rodzinnych.
Spotykałem się z przedstawicielami młodzieży w bibliotece. Ze starszymi ministrantami w remizie. Chcieli jeździć na mecze w lokalnej lidze piłkarskiej. Daliśmy na transport. Innym razem młodzi wyszli z inicjatywą zabawy. Zorganizowali, ja zabezpieczałem przed prawem. Zbudowaliśmy boisko przy szkole. Chcieli - mieli. Chciałem ich poznawać i pociągnąć do wielkich wizji. Do Europy. Trasę wyznaczyło mi doświadczenie europejskiego autostopowicza i bycie sobą we wspólnocie międzynarodowej w Taize.
Chciałem włączyć w ożywianie gminy Ośrodek Doradztwa Rolniczego. Bywałem na spotkaniach. Intonowałem "Błogosławiona dobroć człowieka", aby w sztywnotę popeerelowską wplatać wątek życia, rodem z uniwersytetów ludowych.
Strażaków z Ochotniczych Straży Pożarnych zaprowadziłem pod Grób Nieznanego Żołnierza. Trzymali straż przy symbolu trwania i bohaterstwa pokoleń, które wywalczyły nam wolność. Jeździliśmy na opłatki z biskupami do parafii św. Floriana (katedra praska) - patrona strażaków.
Chciałem też zarazić duchem wspólnoty pracowników z Urzędu Gminy. Zachowało sie nagranie z jednego z takich spotkań "na przełamanie". Oj bardzo się bronili przed kamerą (nie mówiąc o wypowiedzi do kamery). Wprowadziłem bardzo uroczyste świętowanie opłatka (z wieczerzą i projekcją filmu "Jezus z Nazaretu") i "jajka wielkanocnego".
Jakim ja byłem wariatem. Ze względu na obecność wątków religijnych pewnie nawet dzisiaj nie nazwaliby mnie w Teleexpressie pozytywnie zakręconym. Wytworzyła się niby mowa pseudo-nowoczesności, pseudo-postępowości. Samoograniczająca się mowa niby-personalizmu.
Odwiedził nas wtedy także brat Marek z Taize. Zorganizowaliśmy spotkanie w remizie OSP dla młodych z różnych miejsc, okolic, parafii. Tchnęło duchem. Błyskało światełko cieniutkich świeczek. Jaśniała tajemnica światła. Tchnęło otwartością. Tchnęło Europą.
W naszym Ogrodzie (tak go zwano przed wojnami, od 1908), przy figurze Matki Bożej Annopolskiej odbywały się msze święte. Zapraszaliśmy wszystkich z okolicy. Przychodzili, jak od stu lat.
Gości, których zapraszaliśmy (ściągaliśmy) do gminy, chcieliśmy też mieć zawsze w domu. Niektórzy zostawali przyjaciółmi gminy, szkoły, rodziny. Byli wśród nich Szymon Kobyliński, poseł Marian Piłka, Zbigniew Janas... Mogę chyba zaliczyć do nich także arcbp. Kazimierza Romaniuka. On był gościem honorowym rejonowego spotkania wójtów, burmistrzów, radnych, nawet rolniczego edukatora przedwojennego na naszym terenie (Janusz Dzierżawski), prasy samorządowej ("Wspólnota"). Zaproponowałem taką szeroką formułę. Nie ma dla mnie "lewo", "prawo", "góra", "dół", "niebo" i "ziemia". Jest wszystko. Prowadzi mnie integralna wizja człowieka-osoby (z niezwykłymi głębiami, wyżynami i nizinami).
Na tym pamiętnym spotkaniu jako najważniejsze osiągnięcie kadencji wskazałem pojednanie z poprzednikiem, którego wysadziłem ze stołka. Przy okazji poświęcenia szkoły w Rozalinie (nie byłem zaproszony) biskup nawiedził i naszą Matkę Bożą i nasz dom.
Cały okres I-szej kadencji nie pracowałem na dalszą kadencję. Nie walczyłem o siebie. Nie zabezpieczałem tyłów. Nie gromadziłem "argumentów wyborczych" (haków). Cios, zdrada przyszła od przyjaciół.
W 1981 byłem dla ludzi autorytetem, oparciem obrońcą. Po 1994 zrobiono ze mnie pośmiewisko, groźnego wroga "numer 1".
Dzisiaj musimy w wielu dziedzinach zaczynać od zera, albo od dna. Mentalność setek mieszkańców jest zaczadzona. Trudno będzie powoływać centra integracji, współpracy lokalnej. Ale spróbuję jeszcze raz. Wierzyłem i wierzę w osobę i we wspólnotę. Osoba jest fundamentem cywilizacji współczesnej. Niczego siłą i podstępem się na dłuższą metę nie zwojuje. Warto wierzyć, robić swoje i czekać.
W skrajnie niesprzyjającym klimacie powstała wśród nas Rzeczpospolita Norwidowska. Ona tłumaczy stałą obecność wymiaru duchowego w naszych działaniach. Norwida papież nazwał "jednym z największych chrześcijańskich myślicieli Europy".
Posługuję się trochę innym pojęciem partycypacji, niż w unijnych i ministerialnych dokumentach. Rozumiem ją nie tylko jako udział we współdecydowaniu ("Decydujmy razem"), współuczestnictwie w kreowaniu polityk społecznych. Partycypację pojmuję szerzej, jako sposób na szukanie, odkrywanie, budowanie prawdziwej wspólnoty lokalnej (choćby nawiązując wprost do ducha solidarności - solidaryzm społeczny - z 1980). Myślę, że w zgodzie z duchem wypowiedzi Jana Pawła II w encyklice "Centessimus annus", napisanej w stulecie encykliki społecznej Leona XIII, "Rerum novarum". Papież mówi tam nawet o potrzebie takiego dialogu, który obejmuje dawne i przyszłe pokolenia. Nie tylko o tych, którzy obecnie żyją i cieszą się oddechem, wodą, ziemią, duchową bliską tajemnicą własnej osoby i Transcendencji. Eko-myślenie ma nieodkryte jeszcze możliwości.
Tytuł tego posta zmienił wyjazd na niedzielna mszę. Wyjątkowo do Jadowa, bo Grażyna chciała i tam dać księdzu do odczytania ogłoszenia o koloniach. Mszę odprawiał "nowy", na wakacjach. On rozpoznał nas, my rozpoznaliśmy jego. Ja, nie tak od razu. Rozpoznałem po przywołaniu świętego Pallotiego w modlitwie. No, oczywiście - Mariusz. Ostatnio się widzieliśmy 13 lat temu. Kończył naszą szkołę. Byli z siostrą pamiętną Marią i Józefem w Jasełkach według Wandy Chotomskiej. Dlatego pamiętam go jako Mariusza-Józefa. Grażyna jako pierwsza wystawiła duży format bożonarodzeniowy, zapoczątkowując szkolną tradycję. "Józefie, Józefie co z nami będzie" - brzmi do dzisiaj w moich uszach.
Nie miałem zahamowań, by klęknąć przed nim, by otrzymać błogosławieństwo prymicyjne. Starym zwyczajem ucałowałem wnętrze dłoni błogosławiącej. Przeżyłem wniebowzięcie w dniu Trójcy Świętej. Ja tylko partycypuję w wielkim darze życia.
PS.
W jadowskim kościele wpatrywałem się w obraz Jezusa Miłosiernego. Nie tyle z pobożności, co ze względów estetycznych. W końcu zrozumiałem. To nie mógł być obraz. Miał zbyt ciekawie układające się promienie wychodzące z serca. To musi być gobelin. Tak tka tylko Kasia Bala w tej okolicy (pochodzi z Bukowiny Tatrzańskiej). Pięknie. Ładniejsze niż oryginał :-)