2 czerwca 2011

Co za co (wolność za prawdę)

Jak to jest, że pozwalamy, żeby sprawy małego kalibru zasłoniły kaliber wielki? Wszystko co nas zajmuje jest mało-dystansowe i krótkoterminowe. A człowiek marzy podobno o wiecznym życiu, trwaniu, a przynajmniej dość długim. W kasie PKP, albo jakiejś innej każdy kupujący wie, dalej chcę jechać, dalszy bilet muszę wykupić. W tych przypadkach starcza nam logiki. W sprawach ogólno życiowych już nie.
Zróbmy spis od rana do wieczora - kupić to a to, zdążyć tu i tu, zrobić, zmienić, zatelefonować, znaleźć, zarobić, wydać, spotkać, pojechać, wrócić, wybudować, albo odnowić, skrócić, wydłużyć, skosić, naprawić.

A ja najbardziej lubię takie chwile i sprawy, których nie można zaplanować. Choć można im pomóc. Spadają ni stąd, ni zowąd. Chwyta się je z zachwytem. Chce się nimi nacieszyć. By trwały. My wtedy też bardziej jesteśmy.

Wczoraj przyszła na sam koniec. "Wołajmy do Boga kiedy jest blisko. Szukajmy Go, kiedy pozwala się znaleźć". A potem w naszej modlitwie rodzinnej następuje cisza. Szukamy Go - skoro słowo się rzekło! Zawsze ciekawi mnie jak przyjdzie. Z której strony, sprawy, kiedy i jak. Dzisiaj - i przeważnie - przychodzi przez prawdę, w prawdzie. Konkretnej, mojej, życiowej. Której szukałem/szukam całe życie. Którą - jak mi się zdaje - znalazłem.

Ile razy tak przychodził/przychodzi? Ile razy wcale nie poświęcamy temu większej uwagi. A to On. Nie mam wątpliwości. Przecież wszystko ułożyło się w całość. I j-e-d-n-o-ś-ć. Bardzo sensowną całość. Spięło, dopełniło. Czegóż chcieć jeszcze? AMEN.

To nie jest tylko odczucie. Najpierw jest szukanie, pragnienie, myślenie, i słodkie owoce prawdy. Potem jest odczucie radości, spełnienia, wieczności.
Lubie takie chwile. Niektóre, które już złapałem, mam ciągle na kartkach albo na serwerze - nie wystawione jeszcze na ladzie do rozdania.

Prawda zawsze jest tuż, tuż. Nie chodzi mi o traktaty filozoficzne. Prawda jest w naszym życiu. W każdej chwili. Problem jest tylko z uwrażliwieniem na nią. Żeby mniej być samemu, a bardziej zawierzyć... No właśnie. Komu, czemu? Sumieniu, własnej samoświadomości, wewnętrznemu głosowi? Tu jest problem. Bez wyćwiczenia ani rusz.

Byłem na sesji Rady Gminy. W zastępstwie. Ani Grażyna, ani nikt ze szkoły nie mógł. Owszem, jest radna-nauczycielka, ale ona żyje dla siebie, nie czuje się przedstawicielką wspólnoty szkolnej. Sesja była ciekawa. Notatki mam. Jak spiszę, powiem gdzie są.
← PoprzedniSamoświadomość katechetyNastepny →Próba wierności (j'adore)