Obrobiłem co nie co zdjęcia z Augustowa. Filmików nie zdążyłem, odkładam na potem. Spieszyłem się, gdyby panie chciały dziś. Prawie 4 godz. Śledzenie kilku punktów na ekranie i klikania na czas nieskończoną liczbę razy wykańcza.
O 13.00 było "zakończenie klas trzecich" gimnazjalnych. Jak dobrze, że wczoraj przeżyłem Wniebowzięcie. Zaprosiliśmy absolwenta Mariusza, księdza pallotyna do szkoły. Jego i naszej szkoły. Szkoły Rzeczpospolitej Norwidowskiej. Bożej szkoły? Na pewno szkoły publicznej.
Młodzież przedstawiła swój program. Pośmialiśmy się, są udani. Lepiej to widać na koniec, niż w trakcie. Dorośleją!
Potem był pełny spontan. Grażyna poprosiła gości absolwentów, Mariusza prymicjanta i Piotrka wójta, o wspomnienia z lat szkolnych. Dobrze wyszło. Nie ma to jak dobry przykład. Nie nauczycielskie, ani rodzicielskie gderanie, ale starszych kolegów, którzy dobrze wybrali, którym się udało. Mam nadzieję, że ich słowa pójdą z młodymi przez kawał życia. Przemówił jeszcze rodzic, prezes Małgorzata.
Czyż nie czuć opieki Opatrzności Bożej nad nami?
Jest we mnie satysfakcja, a może mam satysfakcję. Wolę ją z "być", niż z "mieć". Trwa od dłuższej chwili. Partycypacja mi się przydarzyła! Przed programami unijno-rządowymi. Wiem, że to, co zapisuję ostatnio, jest dużego kalibru.
Złapałem się na dziwnym stwierdzeniu, że dzieci mi dają poczucie bezpieczeństwa! Nie w potocznym rozumieniu. W sensie egzystencjalno-metafizycznym. Co tam konflikty, malizna itp. w bliższych i dalszych okolicach.
Dzieci są nie z tego świata. Pisał o tym Khalil Gibran. Wracam ze szkoły z nimi i do nich. Są. No i ta niesamowita nierozerwalność małżeństwa (święceń małżeńskich!). W nich jedność. JEDNOŚĆ. A wczoraj było Trójcy Świętej. Szaradami piszę, no nie? Wszystko dobre (przypowieść), co daje do myślenia. W tym znaczeniu także śmierć. W istocie rzeczy jest wszystko.