Kto chce szukać prawdy, niech zapomni o wszystkim innym. Myśl nawija się na kołowrotek świadomości bez przerwy. Trudno zajmować się czymś drugim. A jeśli, to jeśli służy. Mogę, jeśli mogę, kosić trawę, jeśli znowu mogę porzucić kosiarkę w każdej chwili i biec do komputera, albo do notatnika z celulozy, byle chyżo. Myślenie staje się fizjologią.
Więc kiedy 40 lat temu miałem intuicję, że może być inaczej, i już po 40-tce można się zająć pisaniem, to byłem w błędzie. Dopiero na emeryturze, w domu starców, lub w grobie. Kiedy istota i istnienie staną się - tak, lub inaczej - jednym. Nie można służyć Bogu i mamonie.
Skazałem się na łażenie przez Warszawę rozmyślnie. Chciałem jej doświadczyć. To znaczy czegoś innego przez dłuższą chwilę, niż siedzenia dzień w dzień w krzakach. Młodość w niej i szlaki znaczyły wiele, rysowały mój kontur.
Nie ustaliłem trasy. Wiedziałem dokąd mam dojść, na którą godzinę. I mniej więcej skąd. Reszta sama wyszła.
Ulicę Grzybowską wyciągnąłem z bardzo starej pamięci, ponad 50-letniej. Papieskie znaki - z młodości. Gmach "Pasty" pomylił mi się z gmachem Poczty Głównej, tzn, jego topografia. "Gmach był wzniesiony w technologii żelbetowej, szkieletowej. Jak na owe czasy była to bardzo nowoczesna konstrukcja. Gmach swoim wyglądem przypominał gotycko-romańską wieżę." Znak "Polski Walczącej" znalazł się nagle przed moimi oczami nie w tym miejscu co się spodziewałem. Oprzytomniałem. Cała reszta była tam gdzie trzeba. Przez jakiś czas byłem innym człowiekiem, choć równie nikomu niepotrzebnym. Zawalidrogą poniekąd - "wchodzi mi pan pod nogi". Musiałem jednak wykonać zadanie. Grażyna nie mogła, prowadziła zebranie ogólne dla rodziców w Rzeczpospolitej Norwidowskiej. Musiałem dopić kielich upokorzenia. Nawet w liceum miał być przecież dzień otwarty nie dla dziadków, tylko ojców i matek. Trudno, tak wyszło.
Zapach konwalii w lokalu "na rogu" obok kawy Latte, pisanie wiecznym piórem, przyglądanie się ludziom, życie z nimi choć w taki szczero-eko-pokrętny sposób, sprawia mi jeszcze przyjemność. Intelektualną. Pytałbym wszystkich o to samo, o życie w jakimś rysie (rycie?), o śmierć, o rodzinę, dlaczego ten mąż, ta żona, dlaczego sam, sama, i może - co robią dzieci... A taki siedzi, patrzy jak idą, siedzi i siedzi, idą i idą.
Aleja Solidarności stała się dłuższym rozdziałem żywej książki żywej biblioteki. Szukałem starej jadłodajni, znalazłem "Teatr Kamienica". Wziąłem wszystkie prospekty. W domu poczytam.
Kupiłem bułki z oliwką, kiełbasę jakąś tam, podsuszaną, której nie ma jeszcze w katalogu, oczywiście z promocji, i kefir. Zestaw jak za dawnych lat.
Usiadłem na ławce przed kinem "Muranów", tak jak siadałem w innych stolicach, Paryżu, Londynie, Nowym Yorku i tak samo jadłem i patrzyłem przed siebie. Całe życie chciałem zrozumieć co siedzi w ssaku dwunożnym wszystkożernym. Tylko ten gatunek jest obdarzony rozumem. Mam zdolność myślenia - po co - dlaczego - nad sobą i całą resztą. Samoświadomość nie daje mi spocząć ani na chwilę w moim wszechczasie. Czy to jest Broadway, Piccadily, Champs-Elysee, wiejska dróżka i polna ścieżka.
Mijali mnie ludzie jeszcze starsi ode mnie, pani z drugą pod rękę, któraś musiała mieć więcej niż dziewięćdziesiąt, bo inaczej ile miała ta pierwsza, i artystka z kartonowym blokiem, teczką, bardzo dużego formatu, i Youppie w garniturze na rowerze, i nie youppie, i... Jaki będzie ich wieczór i dzień następny? Za każdym zostaję zastygłym spojrzeniem.
Ale chciałem już być w domu przed telewizorem, mówić Olku, Andrzeju nie kłóćcie się, Marysiu nie wrzeszcz, albo najlepiej wyjdźcie i zamknijcie drzwi za sobą. Pewnie bym najpierw nim usiadł, sprawdził co się dzieje na blogu i na Facebooku.
Skończyłem pożywać, wstałem, ruszyłem przed siebie.
Minąłem miejsce gdzie mieszkał Cyprian Norwid w 1836, kiedy mu prababka ze Strachówki umarła. Młody był, 15-letni. Zaraz za sąsiada miejsce ma kościół reformowanych ewangelików, w którym to kościele odbywały się nabożeństwa ekumeniczne, kiedy jeszcze młodym po Taize się chciało budować lepszy świat. Tam się spotykało biskupa, Polaka i innych. Polak dziś chyba dobrze zarabia, bywa nagradzany. Wędzonego węgorza od nich (chyba ślubnego) jedliśmy z Andrzejem Madejem jadąc PKP z Warszawy-Zielonki do Lublińca na ewangelizacyjne rekolekcje niedługo po zabójstwie księdza Popiełuszki. Daty pamiętam, bo wiersz mu napisałem, o dnie mulistym zalewu pod Włocławkiem.
Doszedłem do celu pośredniego, przesuwanego kościoła. To była sensacja w tamtych czasach, a ojciec pracował w Instytucie Techniki Budowlanej (kościół Narodzenia Najświętszej Maryi Panny z 30 listopada na 1 grudnia 1962 został przesunięty o 21 metrów). Miałem wtedy 9 lat. Czekałem na jego powrót z Warszawy na ulicy Kościuszki 26m5 w Legionowie i wypijałem przynajmniej pół litra mleka, które dostawał w pracy. Później czekałem na "Express wieczorny" i jakieś powieści w odcinkach, chyba pamiętam coś o Montevideo, albo inna Andrzeja Wydrzyńskiego. W soboty wieczorami słuchało się w radio "Matysiaków".
Kościół - o wielkie dziwo - otwarty. Siwy, starszy ode mnie odprawiał swoja prywatna drogę krzyżową. Jak nasz papież, codziennie? Może żona mu zmarła, może ma inne światło wewnętrzne. Miłe, w tym samotnym świecie, między Państwem a Rynkiem, nigdy nie jest sam. Chce współ-nieść krzyż. Może po to mu kościół przestawili?
Ja odwrotnie, w młodości, chodząc po Warszawie do kościołów zachodziłem. Czasem na spowiednika trafiłem. Czasem godzina ciszy ratowała mój świat. Nie posiedziałem tym razem, fizjologia (po kiełbasie promocyjnej z pieca?) mnie pogoniła do "Poniatówki" prędzej niż myślałem. Zdążyłem, oni mają ten kościół "naPrawdę" pod bokiem (proponuję stróżom języka polskiego taką pisownię na stałe, coś musi być Stałe i z Wielkiej Litery!).
Od pań profesorek usłyszałem to, co nieraz mówimy innym rodzicom (i dziadkom). Dobrze, że choć sie ostrzygłem wcześniej i ogoliłem. Jednak głowy popiołem nie miałem posypanej. Takiej nie znałem żadnej swojej córki, ani syna. Choć za każde inaczej, ale dziękować i martwić się trzeba. Każda słabość w nich ma korzeń w moim niedorastaniu do Człowieczeństwa, bardzo szumnie i prawdziwie mówiąc. Jest grzech, jest prawda, jest Zbawiciel. Dla każdego z nas. Było mi przykro, ale nie dlatego, że musiałem słuchać, tylko, że Hela musi przechodzić taki okres w życiu. Daleko ją to zaprowadzi, bo wcześnie zaczęła kopać się z koniem trojańskim, którego każdy ma w sobie. Wobec pań profesorek wyznałem w nią wiarę. Jestem materiałem na ojca, katechetę i dziadka refleksyjnego, nieskorego do potępień, rozumiejącego Człowieka.
Autokary Dar-Busa wożą na kierunku wschodnim ludzi zmęczonych. Podróży nie towarzyszą intelektualne rozmowy. Raczej o wczesnym wstawaniu, wymianie zgniłych podłóg, lub nowszych parapetów.
Jaki wśród nas panuje format człowieka, kultura, ludzki wymiar, horyzonty, aspiracje???
Wjeżdżamy coraz bardziej w zieleń, wieczór już się zbliża. Inny świat.
Na rynku w Jadowie, na ulicy księcia Józefa Poniatowskiego wiatr kołysze gałęziami drzew, ptaki w nich gwiżdżą i trelują sobie ze wszystkiego. Słońce gaśnie na spiczastym obrysie kościoła świętego Jakuba. Samochody przejeżdżają co jakiś czas. Dwie piekarnie i trzeciej sklep firmowy zapraszają na świeży chleb.
PS.
Dzięki Dorocie Suwalskiej znajomej z Fb trafiłem na tego bloga. Zaraz wpisałem się do jego obserwatorów.