Na spotkanie z Andrzejem Madejem OMI jadę, jak na pielgrzymkę. Wiele
razy tak czułem i jeździłem. Najczęściej z rodziną. Może jeszcze będzie mi dane.
Dzisiaj nie pojechałem. Ale myśl też może być pielgrzymowaniem.
Jestem przekonany, że jest. Myśl jest – dla mnie – darem i
zobowiązaniem. W myśli obiektywizuje się cząstka prawdy.
Andrzej Madej podpisuje książkę “Ochroniarz
i dozorczyni” wydaną przez jezuickie WAM. W Bobolanum, parafii i
uczelni św. Andrzeja, jednego z patronów Polski.
W
tym roku mija trzydzieści lat od poznania Andrzeja Madeja.
Byłem
początkującym katechetą - w trzech parafiach w Legionowie. Usłyszałem – od więcej niż
znajomej, koleżanki ze studiów na filozofii przyrody na ATK – że
nad Bugiem ma się odbyć spotkanie ekumeniczne. Ekumenizm, po moich
pobytach w Taize, był mi/nam bliskim tematem. Reagowaliśmy na niego
jak koń artyleryjski na trąbkę. Żeby mnie jeszcze bardziej
zainteresować i pomóc pokonać organizacyjne trudności, Dorota
dorzuciła garść smakowitych szczegółów. Że za spotkaniem stoi
młody zakonnik, który jest poetą, i że “widzi” i pisze
wiersze wszędzie i na wszystkim. Wie to od znajomej, która jest
młodym naukowcem i zna zakonnika osobiście. Młodym naukowcem była
dzisiejsza specjalistka od Wyspiańskiego i edytorstwa, profesor
Maria Prussak, która także po latach okazała się bezcennym cicerone,
rozprowadzającym nas w początkach poszukiwań norwidowskich, na szlaku prowadzącym do Rzeczpospolitej Norwidowskiej.
Poetyka
roztaczająca się nad zakonnikiem okazała się może jeszcze
ważniejsza od ekumenii. Początkujący katecheta też pisywał
wierszyki. Dorota była ich pierwszym czytelnikiem i recenzentem.
Nazywaliśmy je “katechezami”. Dorota miała dwa fakultety, z
fizyki i filozofii przyrody. Jej ciało było zdeformowane przez
wrodzoną chorobę gośćcową, duch był w niej niezłomny. Została po jakimś
czasie katechetką w Konstancinie, wśród dzieci i młodzieży
dotkniętej tą samą chorobą. Organizowała w swoim mieszkaniu w
Warszawie spotkania dla starych przyjaciół, jeździliśmy z
rodzinami. Dzieci mogły włączyć się w intelektualny wymiar wiary
rozumnej (w grupie było dwóch księży, śp. profesor Kazio i
dwukrotny prowincjał Orionistów Władek). Dorota jest świętej
pamięci, pochowana na cmentarzu w rodzinnym Skarżysku Kamiennej.
Kazio w Gdańsku (na pogrzebie w oliwskiej katedrze był Lech
Wałęsa).
Na
wyjazd do Kodnia na I Ekumeniczne Spotkanie nad Bugiem zwerbowałem
ponad 30-osobową grupę uczniów szkół średnich z sali katechetycznej św. Łukasza.
Pełny spontan, tak się wtedy organizowało takie wyjazdy. W pełnym
zaufaniu i otwartości. Ekumenicznie i w "duchu Taize". Fakt, jakieś
koszty trzeba było ponieść. Ganiałem po wsi paru chłopaków o nocnej nadbużańskiej porze, znalazłem jakąś butelkę taniego wina
ukrytą w sianie. Ale warto było. Wyrośli, w klasie maturalnej sami
przypominali, przepraszali po latach.
Pierwszy
kontakt z Andrzejem od razu był atomowy. Przywiózł i sprzedawał
swoją pierwszą książkę “Dobrze że jesteś”. Podszedłem,
wyznałem słabość do pisania wierszyków katechetycznych, padliśmy
sobie w objęcia. To był przede wszystkim jego uścisk. Jego sposób
komunikowania miłości, wiary w drugiego człowieka, otwartości i
bezgranicznego zaufania. Przeżycie pozostało na życie. Od dawna
wiem, że Andrzej jest ikoną tego stylu wiary, kościoła, wartości.
Jest tajemnicą kościelnego poliszynela, że Andrzej żyje w opinii
świętości, która – jak powtarza – jest dla każdego.
Pielgrzymka
życia, cóż to takiego? Może to jedyny cel na horyzoncie? Może
jedyne miejsce, jedna osoba w znanym mi świecie? Mógłbym dłużej
rozważać, dlaczego nie Taize? - które było pierwsze względem
Madeja? I które nadało kurs mojemu życiu. Bo:
- jadąc do
Taize niewiele wiedziałem, pobyt tam był ogromnym wydarzeniem, ale
dopiero później okazał się takim przełomem na resztę życia, w
parze – komplementarnej - z Solidarnością
- jadąc
do Kodnia miałem przed oczami magnetyzujący obraz zakonnika-poetę, domniemywany wzór
osobowy. Na początku domniemywany, rzeczywistość przeszła
wszelką wyobraźnię i oczekiwania.
UCIELEŚNIONA
DOBRA NOWINA! - to on. Spotkanie o ponad-atomowej sile
oddziaływania. Jedyna analogia, jaka mi przychodzi do głowy, to
Ewangeliczny-Andrzejowy zachwyt “spotkałem Mistrza”. Coś, co
się nie zdarza. A jednak, co jest pomyślane przez Zbawiciela dla
każdego, w każdej kulturze. Bo inaczej byłaby nieprawdopodobna,
wrodzona(?) niesprawiedliwość.
Dzisiaj nie
mogłem pojechać do Warszawy. Samochód jest za słaby, ja jestem za
słaby. A jednak świętuję spotkanie z mistrzem. Myślą. Myśl
jest pielgrzymowaniem, “dopokąd idę”, dopokąd myślę (żyję).
Na spotkanie z Andrzejem, po książkę podpisaną przez Autora
pojechali Andrzej z Zosią.
(Nasz) Andrzej
został ochrzczony w Kodniu, podczas XIV Ekumenicznego Spotkania,
przez ojca Karola Lipińskiego OMI, andrzejowego przyjaciela (dzisiaj
proboszcza na Syberii, w Wierszynie). Andrzej Madej był już na
Ukrainie, w Kijowie. Andrzej zdążył jeszcze pobłogosławić
wszystkie nasze dzieci przed urodzeniem, bo wtedy chyba głównie po
to jeździliśmy z Grażyną w ostatni weekend maja nad Bug. Andrzej był na
liście życzeń proboszcza Antoniego, do przeprowadzenia rekolekcji
50. lecia w Strachówce, ale dostał światło, że jednak jest już
ustanowiony dla Turkmenistanu, dla Azji, więc przysłał innego
przyjaciela o.Stanisława, z którym przez lata prowadził wspólnie
tzw. “misje ludowe” i rekolekcje w całej Polsce. Bywał też u
nas wielokrotnie w domu, kościele, szkole, sali konferencyjnej urzędu gminy. Obwołaliśmy go Jego Magnificencją Rektorem
naszego Uniwersytetu Obywatelskiego (choć projekt utknął w
szufladach urzędu marszałkowskiego). Jesteśmy "madejowi" bardziej,
niż sobie uświadamiamy :-)
Myślę, że
to chyba dobrze, że nie mogłem pojechać do Warszawy. Zosia i
Andrzej reprezentują całą rodzinę i gminę (jeśli ktoś chciałby
się dołączyć). Teraz jest ważniejsze, żeby oni odbyli swoje
pielgrzymki życia.
